niedziela, 29 grudnia 2013

Genderem w przyszłość

Nie ma ludzi idealnych, których lansuje się w komercyjnych przekazach wizualnych. Problemu na zewnątrz lub na pierwszy rzut oka nie widać. Można wyglądać perfekcyjnie przywary ukrywając wewnątrz. Ukrywając bardzo głęboko, w podświadomości, bo jak wiemy traumy psychiczne we wczesnych fazach rozwoju mózgu mogą powodować uszkodzenia na poziomie fizjologicznym, które później wpływają na całe życie jednostki. Są też wady wrodzone, które poprawność polityczna ubiera w różne ciekawe słowa – ostatnio gender.

Niedobory hormonów, uszkodzone połączenia nerwowe, nietypowa budowa mózgu, na którą coraz większy wpływ mają uciążliwości cywilizacyjne – skażenia, mikrourazy – powodują zakłócenia procesów kształtujących psychikę człowieka, w tym samoświadomość. Może się nałożyć kilka czynników – zbyt niski poziom testosteronu plus wychowanie w otoczeniu kobiet plus inne rzeczy – zdarza się, że stwarzają u danej osoby poczucie błędnej identyfikacji płciowej. Tym bardziej, że panuje rozluźnienie obyczajów i zacierają się różnice między płciami.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie o… Wróćmy do lat 60. ubiegłego stulecia, kiedy to APA (Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne) sklasyfikowało homoseksualizm jako orientację seksualną. Wydaje się, że krokiem tym miało spowodować poszanowanie mniejszości, ogólnie szacunek dla człowieka i jego inności. Niektórzy twierdzą jednak, że chodziło tylko o uwolnienie się od odpowiedzialności, zmniejszenie obowiązkowych dla budżetu państwa nakładów na leczenie choroby, jaką był dotychczas homoseksualizm i skierowanie całego ciężaru finansowego i moralnego na jednostki. A te – pozbawione odgórnego aparatu wsparcia – zaczynają szukać własnej drogi (która na pewno istnieje), chcąc nie chcąc wydając na to górę pieniędzy, padając ofiarami fałszywych wizjonerów, proroków i zwykłych oszustów.

Stąd taki wysyp psychologów. W Nowym Jorku jest aleja, przy której mieszczą się tylko i wyłącznie gabinety osób wykonujących tę profesję. Podkreślić tu należy różnicę, między państwowym psychiatrą, państwowym psychologiem, a prywatnym terapeutą. Psychiatra to lekarz. Szuka dolegliwości na poziomie fizjologicznym, stosuje farmaceutyki lub inne elementy terapii, na przykład behawioralnej. Robi to często w zakładach zamkniętych, w maksymalnie kontrolowanych warunkach. Psychologowie w większości też są lekarzami, pracują głównie z pacjentami nieizolowanymi, których schorzenia wymagają również leczenia farmakologicznego, ale są oni na tyle świadomi własnej choroby i relatywnie bezpieczni dla społeczeństwa, że mogą sami wykonywać większość elementów terapii wspierając się tylko regularnymi konsultacjami ze specjalistą.

Psychoanalitycy, prywatni terapeuci, wywodzą się z psychologów społecznych dbających o poprawność relacji międzyludzkich, która umożliwia jednostkom bezproblemowe funkcjonowanie w obrębie różnych grup społecznych. Szybko się okazało (psychologia to stosunkowo młoda dziedzina nauki), że niektóre osoby wymagają specjalnego podejścia, żeby nie były narażone na marginalizowanie (w czasach, kiedy nauka była w powijakach takie osoby były prześladowane, wręcz eliminowane ze społeczności). Poprawność polityczna zgarnia swoje żniwo. Zboczenia stają się orientacjami, choroby ciekawymi przypadkami, estetyzacja wkroczyła nawet tutaj.

To wszystko jest niepotrzebne. Grupa osób (trzymająca kasę) przekonała inną grupę (pozostali), że jedyną drogą odnalezienia się we współczesnym świecie (wykreowanym przez tę grupę od kasy) jest kosztowna terapia prowadzona przez wysoko wykwalifikowanych i wąsko zorientowanych specjalistów. Do tego dochodzi mnóstwo psycho-gadżetów, talizmanów i cudownych środków parafarmaceutycznych (zazwyczaj po prostu placebo). Wykorzystując naturalną dążność do doskonałości (ewolucja?) przekierowano nas na ślepy tor pustego idealizmu, powierzchowności i handlu wyglądem. Zamiast obiecanego zdrowia i szczęścia dostajemy kolejne papierowe osiągnięcia będące tylko kolejnymi etapami na drodze do następnych, coraz ładniejszych, droższych i wciąż bezsensownych.

Depresja to głównie niespełnione oczekiwania. Wobec... wybranej przez kogoś nią dotkniętego wartości, idei itp.

Bo gdzie ten sens? Oczywiście w rozwoju osobistym, ale droga ta powinna spełniać kilka prostych założeń, żeby wiodła do jakiegoś konkretnego celu. Przede wszystkim wzajemność. Samorealizacja to zgubny oksymoron. Nie da się iść do przodu nie patrząc na innych. Nie ma to sensu bez zaangażowania innych i chęci wytworzenia ogólnodostępnego dobra. To pierwszy krok do zrozumienia natury świata. Tak, natury, to nieprzypadkowe słowo. Obserwujmy zwierzęta, a nawet rośliny. Fakt, w świecie pozaludzkim ekspansja wydaje się być jedynym priorytetem idąc w parze z konkurowaniem między gatunkami. Ale ta walka jest twórcza. Ma pchać całość do przodu. Tylko człowiek to wciąż (także sobie) utrudnia.

Być może ideologia gender jest (niezamierzonym przez jej twórców) pierwszym krokiem do wyzwolenia się od płciowości i niskich instynktów. W niedalekiej przyszłości ludzkość czeka bezpośrednia digitalizacja umysłów. Wgramy się do Internetu, staniemy nieśmiertelni (niekoniecznie wirtualnie). Odetniemy myśli od fizjologii. Idee od ograniczeń. Tylko czy będziemy szczęśliwi? Prawdopodobnie zanim staniemy się nieśmiertelnymi cyborgami będziemy próbować jak najdłużej zostać przy cielesności i związanymi z nią przyjemnościami. Freudowski związek id-ego-superego może nie wytrzymać rozdzielenia. Po prostu superego nie może tworzyć pełni człowieka bez id.

Bruce Lee powiedział, że "brak ograniczeń jest ograniczeniem".

Nie ma ludzi idealnych, a jeśli nawet będą, to już nie będą ludźmi. Homo sapiens sapiens zamieni się w Saper sapientissimus. Czystą wiedzę. Wtedy przestrzeń i czas przestaną istnieć i wszystko wróci do stanu sprzed Wielkiego Wybuchu.