poniedziałek, 7 listopada 2011

Koszmary we śnie i na jawie

Skąd się biorą sny? Czy to tylko nocne porządki w mózgu? Zbieranie wszystkich doświadczeń i segregowanie, wkładanie do szufladek, a z tego, co się nie mieści, tworzenie nowej całości. Po co? Pierwszą reakcją mózgu na rzeczy nieznane, których on sam nie może zidentyfikować jest odrzucenie albo wręcz strach. Później na podstawie zapamiętanych interpretacji takiego nowego zjawiska, które prawie zawsze są błędne, mózg stara się zbudować jakąś znaną sobie formę. Skleja i dokleja różne kawałki, które do świadomości wracają w nocy, jako senne koszmary. Mózg młody, który niewiele jeszcze widział i sklejać też nie bardzo potrafi jest świetnym producentem potworów. Dlatego dzieci mają najgorsze koszmary. Dlatego rzeczy nowe, niezależnie od tego, czy niosą zagrożenie, czy zupełnie nie, należy prezentować im od strony znanej, pierwotnej. Człowiek dziwnie ubrany będzie budził u dziecka większe obawy, niż nagi!

A gdyby tak sny były wartościowym owocem ewolucji? Zwierzęta też je mają! Sny umożliwiają nieustający trening umiejętności uzyskanych na jawie. Udowodniono, że świadome śnienie, które oczywiście samo w sobie wymaga treningu, o rzeczach, w których chcemy osiągnąć wyższy poziom, jest świetnym uzupełnieniem rzeczywistych ćwiczeń. To co w ten sposób wyśnimy może się spełnić. Dla mózgu nie ma naturalnych barier. Są owszem prawa fizyki, których nie przeskoczymy, ale największe ograniczenia narzucamy sobie sami przez brak wiary we własne możliwości. A co ze wspomnianymi koszmarami? Też mają swoje uzasadnienie i fukcję. Przygotowują śniącego  na najgorsze sprawiając, że rzeczywistość jest oazą spokoju. Dlatego też lubimy filmowe horrory. Tamci, to mają przerąbane, podczas gdy my siedzimy sobie wygodnie w fotelu.

Szczęśliwi ci, którym śnią się koszmary. Rzeczywistość nigdy nie będzie stanowić dla nich wyzwania. Budząc się oddychają z ulgą i są po prostu silniejsi. Chyba, że są chorzy psychicznie i nie wytrzymują, ale to też naturalne - jednostki słabsze są przez ewolucję eliminowane. Jednak są i tacy, których sny są realizacją najskrytszych pragnień. Piękne i nieograniczone. Na zawołanie, gdyż śniący może wszystko - tu też przydaje się umiejętność świadomego śnienia. Byle nie zatracić się w tym nierealnym świecie. Nie jest to łatwe, gdyż dla tych ludzi rzeczywistość jest koszmarem. Pobudza to w nich chęć zmiany. To postęp. Odwrotność ewolucji, bo ona, to tylko przystosowanie.

sobota, 17 września 2011

Zdarzenie

Przyroda nagle stwierdza, że ma już dość ludzkości. Dosłownie. To znaczy nie jako takiej, tylko tej robiącej rzeczy niezgodne z naturą. I postanawia nieco zmniejszyć jej liczbę. Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.

Oczywiście zostawia przy życiu trójkę głównych bohaterów. Parę dorosłych i dziecko. Każde z nich ma jakiś problem, nie jest związane z drugim, ale wszystkich coś łączy. Chcą osiągnąć szczęście i są na dobrej drodze ku temu, choć uwikłani w rozterki cywilizacji, drodze zgodnej z naturą. Mogli by być nowym Adamem i Ewą, właściwie Adamem i dwiema Ewami.

Giną osoby, które łączą się w grupy powstające bez naturalego uzasadnienia. Ginie też samotna wariatka, której życie pełne przeszłości nie pasuje do otoczenia. Wszyscy popełniają samobójstwo mamrocząc tuż przed jakieś bzdury. Rzeczy zupełnie nieważne z punktu widzenia natury. Wypowiadane powoli, mechanicznie, bezmyślnie.

Giną przy użyciu rzeczy sztucznych. Wynalazków ludzkości. Kosiarka, pleciony sznur, potłuczone szkło, samochód, pistolet. Niby nic nie łączy tych rzeczy. Tylko to, że nie są wytworem natury.

M. Night Shyamalan nakręcił tylko jeden „dobry” film, który dał mu fortunę i pozwolił na swobodne działanie - "Szósty Zmysł". Reszta, to niebezpieczne alegorie współczesności ubrane w niemożliwe wydarzenia i zaskakujące zakończenia.

„Zdarzenie” nie zebrało pochlebnych recenzji. Narzeka się na grę aktorską, przewidywalny scenariusz, mocne sceny niepotrzebnie epatujące okrucieństwem. Ale tak uważają ci, którzy traktują ten film dosłownie. Wpadają w taką samą pułapkę, jaką zastawił Lars von Trier w swoim „Antychryście”.

Co autor miał na myśli?

Kiedy narodziła się interpretacja? U ludzi, na długo przed językiem. Służyła rozpoznaniu, czy „brać”, czy „uciekać”. Mają ją też zwierzęta. My, one – wszyscy analizujemy sygnały z otoczenia i porównujemy z wcześniejszymi doświadczeniami. Na tej podstawie decydujemy o swojej reakcji. A niejednokrotnie musi być ona bardzo szybka, gdyż może być kwestią życia lub śmierci. Dlatego mamy wbudowane wzmacniacze bodźców objawiające się jako nadinterpretacja. Lepiej przeżyć, niż dojść do prawdy. Lepiej?

Mamy jakąś bazę wrażeń i towarzyszących im reakcji. Część wypracowaliśmy sami, ale sporo wpoili nam pierw ci, którzy żyli przed nami i mają (w swoim mniemaniu) sporą wiedzę na wiele tematów. Baza opiera się głównie na sygnałach, czyli naturalnych przesłankach świadczących o nadchodzącym niebezpieczeństwie lub przeciwnie – przyjemności. Robi się cieplej – idzie lato. Tak samo u zwierząt. Ale u ludzi są jeszcze symbole. Mogą mieć ścisły związek z sygnałami, przyczynowy, na przykład: ogień – posiłek. Ale czaszka – śmierć? Półksiężyc – terrorysta? Robi się coraz bardziej irracjonalnie.

Jak ważny jest kontekst (sytuacja), mowa ciała, ton głosu przekonują nas – słusznie – specjaliści od komunikacji. Treść słów to najmniej ważna część przekazu. O naszym stosunku do osoby, z którą mamy kontakt, decyduje najpierw to, co „widzimy”, potem to, co „czujemy”, a na końcu to, co „słyszymy”. Wspomniana baza wrażeń i doświadczeń wpływa na to, jaki mamy stosunek wyjściowy, który może się zmienić (jeśli od razu nie uciekniemy, co większość jednak robi), albo ugruntować i zaktualizować naszą bazę.

Co pozwala zachować umiar w interpretacjach? Paradoksalnie – niewielka baza wrażeń. Przynajmniej mała świadomość o niej, o tym, co na dnie spoczywa. Niech sobie daje upust w snach, ale do rzeczywistości tego nie wpuszczajmy.

Według Umberto Eco nigdy nie ma jedynej, właściwiej interpretacji, gdyż sam autor tworząc jakieś dzieło może nie być świadomy wpływu nań własnych zapomnianych doświadczeń i ukrytych pragnień. Nie ma więc co później prześcigać się w interpretacjach i domysłach, gdyż są kompletnie bezcelowe, szczególnie w warstwie słownej. Z dziełem można co najwyżej próbować się zestroić, wyczuć je, opisać swoje uczucia, ale nie próbować dociec, co autor miał na myśli. To niemożliwe!

David Lynch spytany o właściwą interpretację jego filmów odpowiedział – być może przewrotnie – że sam jej nie zna, gdyż obrazuje tylko wątki ze swoich snów. Stanisława Tatarkiewicza zapytano kiedyś, jaka jest jego recepta na szczęście. Powiedział, że jest szczęśliwy, bo ma słabą pamięć i kiepską wyobraźnię. Dzięki temu nie gnębią go potwory z przeszłości, a i na zapas nie potrafi się martwić.

Tkwiąc w mocno zaśmieconym świecie bazowym, nie szukamy nawet z niego ucieczki. Możemy jednak coś z tym zrobić – jeśli chcemy... Przestać czerpać z zewnątrz, gromadzić doświadczeń wtórnych – nie wierzyć ślepo w to, co opowiadają nam inni (nawet najbliżsi), nie przyjmować cudzych interpretacji jako własne, nie utożsamiać się z nikim i z niczym, zrewidować autorytety. I oczywiście zachować rezerwę, prawie całkowicie wyłączyć powagę. Podejście z otwartym umysłem i na luzie, obrócenie w żart, pozwala doskonale rozładować każde napięcie. Natomiast strach (opór) jest bezbłędnie wyczuwalny przez drugą stronę i nie prowadzi do niczego dobrego, bo głównie do jakiejś formy wyzysku.

Lepiej przeżyć, niż dojść do prawdy? Ja wolę zginąć próbując!

poniedziałek, 12 września 2011

O pomaganiu

Dziś znowu dzielimy ludzi.

Jedni wiecznie potrzebują pomocy. Zderzeni z jakimś, nawet najprostszym zadaniem, niekoniecznie od razu problemem, najpierw robią wokół siebie zamieszanie, angażując wszystkich dostępnych do kolektywnego rozwiązywania. Dopiero wtedy, jeśli pomocy nie da się z nikąd uzyskać, postanawiają pomyśleć sami. Jednak jeśli ich zdaniem problem nie jest godzien większej uwagi (a refleksja przychodzi po wspomnianym zamieszaniu i angażowaniu całego świata) to przeważnie i tak wycofują się ze wszystkiego.

Drudzy, jakże inni ludzie, starają się rozwiązać problem samodzielnie, pytając o rozwiązanie tylko w ostateczności i nie bezpośrednio, oczywiście też w razie narastających przeszkód rezygnują, ale pamiętają wszystko i wracając nierzadko do zmierzenia się ze sprawą po jakimś czasie. Z nowymi siłami. Ale wciąż raczej samotnie.

Niektórym pomoc oferowana z zewnątrz wręcz przeszkadza. Obserwator powinien wiedzieć w jaki sposób funkcjonuje ów radzący sobie, lepiej lub gorzej, z problemem. Może zapytać, czy potrzebuje pomocy, a nawet poczekać, aż sam o nią poprosi. Lepiej dla obserwatora, żeby nie starał się wyciągać rąk do pomocy jako pierwszy. Bo często największą pomocą jest nie przeszkadzanie.

Jak to się ma do orientacji wstecz i naprzód. Albo do ekstrawertyzmu i introwertyzmu? Orientacja wstecz siłą rzeczy wymaga jakiejś bazy, a jeśli danej osobie jej brak – woła innych. Orientacja naprzód wymaga zmierzenia się z problemem mimo wszystko i po swojemu. A która z tych orientacji jest egoistyczna? Czy skupiona o sobie jest osoba zorientowana do wewnątrz siebie, czy na zewnątrz? Kto angażuje sobą cały świat i nawet nie jest świadomy rozmiarów zamieszania?

Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Tylko muszą być one dość powierzchowne, na przykład na tle kulturowym (coś, jak nadbudowa u Marksa), ale podstawa, głębia charakteru (baza) musi być taka sama. Warunkiem koegzystencji musi być jakaś część wspólna – jeden fundament, mocny i niezmienny. A bez całej reszty można się obejść. Ale też trzeba mieć świadomość istnienia różnych poziomów świadomości.

Mówi się o zróżnicowaniu inteligencji. Obecnie w Internecie różne strony kuszą nas możliwością zmierzenia swojego IQ. Cóż to takiego? Wydaje się nam, że wiemy.

To iloraz inteligencji. Wysoki może być przekleństwem. Ludzki mózg ma określoną pojemność, jeśli więc interesujesz się wszystkim, wiesz coś z każdej dziedziny, to nie skupiasz się na niczym i nie osiągniesz sukcesu w żadnej dziedzinie prócz jednej – kreatywności. Człowiek nie rodzi się z wysokim IQ, tylko z predyspozycją do gromadzenia szerokiej wiedzy i odpornością na wszczepianie barier, które mogą dostęp do tej wiedzy ograniczać.

Przeciętny Chińczyk jest o 5 punktów bardziej inteligentny od przeciętnego Europejczyka.

czwartek, 8 września 2011

Solaris

Myślenie abstrakcyjne to cecha odróżniająca nas, ludzi od zwierząt. Czyli inne istoty żywe też myślą? Na pewno! Tylko nie potrafią się posługiwać symbolami, dzięki czemu nie stworzyły języka i nie muszą się martwić o to co będzie na podstawie tego co było, ogólnie są chyba bardziej szczęśliwe od Homo Sapiens. Dlatego “dzięki”.

Symbole, którymi się posługujemy to nic innego jak uproszczenia. Taka gra skojarzeń. Zapewnia sprawne, a raczej szybkie działanie mózgu i połączonych z nim układów – na przykład ruchu. Prosta zależność umożliwiająca przetrwanie i dzięki językowi pozwalająca przekazać pewne spostrzeżenia kolejnym pokoleniom. Po co? Żeby nie musiały tracić czasu na odkrywanie wszystkiego od nowa, tylko skupiły się na nowych wyzwaniach. I to działa. Kilkaset tysięcy lat temu walczyliśmy o partnera w małej grupie, dziś zabiegamy o splendor na całym świecie. Niektórzy w kosmosie.

Droga człowieka od momentu narodzin do momentu pełnego uniezależnienia się od rodziców nazywa się socjalizacją. Dalszą drogę, od życia w cieniu tak zwanych „wartości” wtłoczonych przez otoczenie do stwierdzenia, co tak naprawdę jest w życiu ważne, można nazwać rozwojem osobistym. Co ciekawe jest to właściwie ruch po okręgu, choć rzadko kto zatacza pełne koło, bo umiera wcześniej na jedną z chorób cywilizacyjnych. Ze stworzenia, które zadowalało spełnienie najbardziej podstawowych potrzeb stajemy się członkiem bezpiecznego społeczeństwa, żeby pod koniec życia docenić znów to, co najprostsze. Uroboros.

Droga ta usiana jest stereotypami. To takie specyficzne, kulturowe symbole, które do pewnego momentu pozwalają na łatwiejsze zrozumienie świata i przyspieszają ową socjalizację. Jednak stosowane zbyt długo i na poważnie powodują kręcenie się w kółko. Jak Ziemia, która kręci się wokół słońca i jeszcze sama wokół własnej osi. Stereotyp, podobnie jak wyobraźnia składa się z połączonych jak klocki symboli. Jednak obie konstrukcje, choć złożone z tych samych elementów, są swoimi przeciwieństwami. Wyobraźnia zawsze buduje coś nowego, a stereotyp ma swoje klocki zawsze ułożone tak samo, a jeśli nawet w pobliżu pojawi się jakiś niepasujący, to jest wyrzucany.

Inna sprawa, że i z samych dobrych klocków można złożyć coś złego. Odwrotnie też?

Nawet wyobraźnia ma swoje ograniczenia, bo cały czas porusza się w znanych elementach. Umysł nawet najbardziej wolny nie jest w stanie wyjść poza pewne schematy, obrazy, konstrukty. Może być jednak otwarty, czyli taki, który nowych klocków nie wyrzuca, ba, nawet nie stara się dopasować od razu i na siłę do tego, co już ma zbudowane, ale magazynuje je i czeka. A jak uzbiera się ich trochę, to może coś do czegoś zacznie pasować i samo się ułoży... Byle się z tym nie spieszyć, nie budować zbyt pochopnie, bo brakujące elementy będzie się uzupełniało „uwikłanymi” i prawdziwego obrazu nowego zjawiska się nie pozna. Albo jakiś mutant powstanie.

Każda informacja jest przez nas racjonalizowana, dopasowywana, klasyfikowana, szufladkowana, a jeśli nie przejdzie tego procesu – odrzucana. „Bad command or file name”, jak zwykł mawiać kiedyś DOS (czy ktoś go jeszcze pamięta?). Tak działają maszyny. Istoty inteligentne powinny „przetwarzać dane” zgoła inaczej. Widać upodabniamy się do wytworów własnej myśli technicznej. Może sami wreszcie zaczniemy budować nowych ludzi, albo zagubimy się bezpowrotnie w wirtualnym świecie, zlożonych z polygonów. Coraz mniejszych, ale do atomów im jeszcze daleko, nie mówiąc o kwarkach i strunach.

Lubimy też antropomorfizować. Przypisujemy swoim pupilom (zwierzątkom domowym) ludzkie cechy. Miliony ludzi wierzy w kosmitów podobnych do człowieka, naukowcy szukają planet takich jak Ziemia w nadziei znalezienia oznak życia (w formie znanej - komórki, DNA itp). Wysyłamy w kosmos satelity z ziemską muzyką, matematyczymi symbolami, wychodząc  założenia, że matematyka, to język uniwersalny, że gdzieś są tacy, co będą potrafili odczytać nasz przekaz. Patrzymy w gwiazdy tak odległe, że mogą już nie istnieć, bo ich światło docierało do nas przez tysiące lat. Szukamy obcych tam, gdzie ich nie ma, a oni nas już dawno znaleźli, ale się nie ujawniają. Wolą obserwować. Dokładać sobie klocki.

poniedziałek, 5 września 2011

Blade runner II

Społeczeństwo informacyjne szybko przeszło do fazy wirtualnej, w której sztuczny, niematerialny jest nie tylko nośnik informacji, czyli medium, ale również sama informacja. Popyt na tę ostatnią spowodował, że jest produkowana – i to na zamówienie – pod konkretnego klienta, target, segment. Produkuje się różne wiadomości, niektóre mało ważne, z życia „innych sfer”, ale niektóre kluczowe dla funkcjonowania dużych grup.

Kiedyś tak zwana „kaczka dziennikarska” służyła tylko zapychaniu dziur w danym wydaniu gazety – wiadomo, pojemność ograniczona, ale stała, więc w razie niedoborów trzeba było ją czymś wypełnić. Swobody w operowaniu formatem tekstu w czasach ołowianych czcionek nie było. Kaczka była zabawna, bo z założenia musiała być lekka, łatwa i przyjemna, żeby tak samo szybko wyleciała z głowy czytelnika, jak tam się znalazła, jeśli w ogóle.

Dziś to już nie są pojedyńcze, przelatujące niezauważenie kaczki, ale całe wielkie tematy, jak się o nich mówi, zastępcze. Powszechny głód informacji, pogoń za wiedzą, powoduje pojawianie się rzeczy, o których nie śniło się naszym filozofom. Znaczy jeden (którego inny później bronił), miał rację, mówiąc „wiem, że nic nie wiem”. Lepiej nie wiedzieć. Bo im więcej człowiek wie, tym bardziej sobie uświadamia, że do pełni brakuje, zawsze będzie brakować. Dlaczego?

Po pierwsze rozwojowi kultury towarzyszy pewna nadmiarowość. Jeden człowiek nie będzie nigdy w stanie przyswoić choćby pobieżnie tego, co przez tysiące lat wyprodukowała cała reszta ludzkości – nie ma co się tym przejmować. Ludzie są prości i podobni do siebie, więc gdzieś pod kruchą fasadą indywidualizmu każdego z wytworów kultury tkwi jakaś powtarzalność. Na niej wyrósł postmodernizm, którego piewcy słusznie zauważyli, że tak naprawdę wszystko już było, a sztuka polega na klejeniu na nowo ze starych kawałków.

Po drugie na wielość informacji składają się w większości takie, które w istocie nie mają zupełnie znaczenia dla życia jednostki. Wszelkie teorie spiskowe, sensacje, katastrofy, nawet te prawdziwe – nigdy nie dotkną bezpośrednio nawet ułamka procenta populacji naszej planety. Niestety większość z nas uważa, że jest inaczej. Bombardowani doniesieniami o tragicznych wydarzeniach, wypadkach, zbrodniach i innych przypadkach łamania prawa czy tabu sami stajemy się mediami, pionkami w rękach tych, którzy chcą odwrócić uwagę od spraw ważnych i jeszcze na tym zarobić.

Uważamy, że czasy, w których żyjemy, są najgorsze. Twierdzimy, że nigdy nie było tylu przejawów wystąpień przeciwko ładowi społecznemu. Ale skala się nie zmieniła, tylko dostępność do informacji. Sensacja mimo wszystko świetnie się sprzedaje, a więc owe informacje są wielokrotnie powtarzane, nierzadko klonowane, co potęguje wrażenie przytłoczenia nimi. Dawniej wykluczał to ustrój – komunistyczny jak i wczesny kapitalistyczny – tworząc złudzenie, że władza radzi sobie z przestępczością, ba, przestępczości nawet do głowy nie przyjdzie pojawiać się w idealnym świecie.

I choć jesteśmy żądni informacji, szczególnie tych złych (bo lubimy się bać i narzekać), to swoim dzieciom fundujemy totalną izolację od wszelkich potencjalnie „niebezpiecznych” wrażeń, o których codziennie donoszą i przed którymi przestrzegają media. Niestety zakazany owoc smakuje najlepiej i tym, co się jednak przedostaje do kokonu, jest patologia najgorszego sortu. Ona wreszcie zaczyna budować obraz nowego świata i sprzyja własnej multiplikacji – jako reakcji, czyli przeciwwagi, siłą rzeczy potężnej – na nasze coraz bardziej potężne bariery.

Ciekawe żyć w strachu, co? Tak to jest, jak jesteś niewolnikiem”

wtorek, 30 sierpnia 2011

Zodiak kłamie, czyli apokalipsa cz. II

Każdy z nas zna swoją datę urodzenia. Nie każdy zna swój znak zodiaku. Niektórzy nie wiedzą nawet co to jest. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze parę wieków temu Astrologia była nauką wykładaną na najświetniejszych uniwersytetach na całym (znanym podówczas) świecie.

Obyczaje się zmieniają, tak jak moda. Niepozorne wynalazki potrafią odwrócić do góry nogami cały dotychczasowy system – w najszerszym znaczeniu tego modnego obecnie słowa. Przypadkowe odkrycia sprawiają, że całe dziedziny wiedzy upadają w gruzach, a my później się śmiejemy z tamtych założeń, dziwimy się ludziom, którzy poświęcili całe swoje życie na jakieś badania. Bywa, że upadają całe cywilizacje.

Majowie wykończyli się bez pomocy Kolumba. Traktuje o tym między innymi film „Apocalypto” Mela Gibsona, choć bazuje na domysłach i fikcji, to współcześni naukowcy coraz bardziej skłaniają się ku tezie, że rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej nie przetrzebiła ani żadna zaraza przywieziona przez białego człowieka, ani on we własnej zaślepionej złotem osobie. Zabiła ich własna cywilizacja, własny system (wierzeń). Nie starczyło obywateli na ofiary. Dla nich był to prawdziwy koniec świata.

21 grudnia 2012 – koniec kalendarza Majów, precyzyjnej kompilacji między innymi cyklu życia ludzkiego i pór roku. Tak wyszło, że wszystkie cykle biorące udział w tym kalendarzu kończą się właśnie w dniu przesilenia zimowego w przyszłym roku. Ale Majowie już mieli swój koniec świata. Dlaczego ludzie Zachodu wierzą w przekaz ludu, który niemal na ich oczach przestał istnieć? Data jest ciekawa, ale proroctw więcej. Teraz dla większego efektu dopasowuje się do tego przepowiednie Nostradamusa i cytuje biblijną Księgę Objawienia.

Naukowcy przestrzegają przed nadchodzącymi katastrofami naturalnymi, ba, twierdzą, że te, które są już za nami, to oznaki czegoś większego. Na przykład zmiany polaryzacji pola magnetycznego Ziemi. Mówią zresztą, że podobnych, totalnych wydarzeń w historii naszej planety było więcej, żeby wspomnieć tylko o zagładzie dinozaurów, której prawdziwego powodu nadal nie znamy.

Musimy sobie jednak uświadomić, że przyszłość zależy od nas samych. To, co przygotuje (kiedyś na pewno – statystyka jest bezlitosna) nam natura będzie tylko testem na człowieczeństwo. Testem na to, czy będziemy w stanie zapomnieć o wszystkich podziałach, sztucznych systemach, układach, umowach i być ponad nimi. Katastrofy nie muszą nas zabić, ale mogą zamienić nas w zwierzęta, a wszystkie zdobycze techniki, kariery, profile na facebooku, terabajty danych zamienić w popiół.

A kosmici? Może nam pomogą? Obserwują nas, dają nam znaki, jak sądzi 90 procent Amerykanów. To jednak myślenie typowe dla ludzi wychowanych przez stereotypy i mity kultury. Bo nie dość, że obcy mogą żyć w innym wymiarze, rozmiarze, formie, na którą nie zwrócilibyśmy nawet uwagi, to nie podróżują do gwiazd, gdyż osiągneli taki poziom rozwoju – dla nas niewybrażalny – że nie czują potrzeby ekspansji, taki, do osiągnięcia którego potrzebna była współpraca, a nie rywalizacja.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Każdy głupi ma swój rozum

To stare porzekadło kryje w sobie ciekawą prawdę. Proste słowa na określenie mechanizmu, który jest podstawą funkcjonowania świata ludzi. Chodzi o cele. Ich typologia jest otwarta. Na własne potrzeby podzielę je na: jednostkowe i grupowe, zgodne i niezgodne, możliwe i niemożliwe, jawne i ukryte, główne i cząstkowe.

Logika podpowiada, że każda przyczyna ma swój skutek. Wschodnie pojęcie "karma" zakłada, że każdy skutek ma swoją przyczynę, nic nie dzieje się przypadkiem. Nie wchodząc głębiej możemy stwierdzić, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a kiedy poruszamy się w kręgu stosunków międzyludzkich, to żadna przyczyna nie może istnieć jako niezależny byt – przyczyną jest cel – gdyż każdy człowiek ma jakiś cel. Otoczeniu może być znana tylko garść jego celów jawnych, niektórzy komentują złośliwie, że właściwie (na pewno) nie ma on ich żadnych. Ale te są zawsze. Szczególnie jeden, najważniejszy, skrzętnie ukryty, który nigdy nie będzie ujawniony przed jego ostatecznym osiągnięciem.

Dlatego jest ukryty – nikt nie może przeszkodzić w jego realizacji.

Jako główny jest na samym dnie, przysypany pozostałymi celami, najpierw ukrytymi mniejszymi, potem warstwą celów niby nieistniejących, zdających się osiągać samoistnie i przypadkowo, następnie garścią celów jawnych narzuconych przez systemy i grupy, w końcu jawnych silnie zindywidualizowanych, pokazowych, całkowicie odwracających uwagę od tych z samego dna. Tym samym nie możemy powiedzeć, że celem człowieka jest szczęście, gdyż pojęcie to tylko opisuje stan, w którym znajdziemy się w momencie osiągnięcia celu. Co jest więc celem?

Ludzie łączą się w grupy posiadające jeden główny, czasem kilka cząstkowych wspólnych celów. Ale jako że są to zawsze cele jawne, wygenerowane często nieporadnie, na przykład tylko dla możliwości przyłączenia się, to grupa jako taka nigdy nie przetrwa dłużej. Nigdy też nie będzie świadkiem całkowitej realizacji własnego głównego celu, dlatego że jej członkowie udając, że koncentrują się na nim dążą do własnych, ukrytych, które z założenia (odwracanie uwagi) są sprzeczne.

Społeczeństwo jest grupą posiadającą wspólny, jawny cel, którym jest tak zwane „dobro społeczne”.

Cel ten jest oczywiście sztuczny i bazuje na konwencji o warunkach wzajemnego współistnienia, na próbie wykreowania bezpiecznego otoczenia i wskazania kierunków rozwoju. Tylko że jakiekolwiek konwencje wykluczają rozwój – umowa jest zawsze paktem o nieagresji, akceptacją pewnego status quo, czyli prowadzi do stagnacji. A poczucie bezpieczeństwa jest względne, bo nie wszyscy członkowie społeczeństwa uznają zasady, ba, część wręcz wykorzystuje tę stagnację i kreację do swoich celów. Teoretycy głoszący potrzebę zmiany społecznej mieli również swój cel, tak jak i ja posiadam takowy pisząc tego bloga.

Trudność osiągnięcia celu jest oczywista, tak jaki i wielki wewnętrzny przymus, żeby go osiągnąć.

sobota, 27 sierpnia 2011

Faceci tak mają, czyli apokalipsa cz. I

Nauczeni rywalizacji sprowadzamy ją czasem na dziwne poziomy. Od nieco ponad stu lat modna (!) jest rywalizacja płci. A przyrost naturalny spada... Może tak miało być, bo Ziemia w końcu nie byłaby w stanie wyżywić nas wszystkich, jak kiedyś dinozaurów.

Ludzie są różni, to fakt, ale spowodowała to cywilizacja. Kiedyś światem danego człowieka był niewielki obszar lasu, łąki, kilka pagórków z jaskiniami, jakaś rzeka, jezioro itp. Dzielił ten świat z roślinami, zwierzętami oraz rzecz oczywista innymi ludźmi. ROZRYWEK było niewiele, a i do szczęścia wystarczyło tak mało. Potrzeby podstawowe realizowano spontanicznie. Osobowości, znaki zodiaku – pewnie coś w tym jest, ale dla cywilizacji największe znaczenie miał podstawowy podział – nie tyle na mężczyzn i kobiety, ale na ludzi, którzy patrzą wstecz i tych, którzy patrzą naprzód.

Czy podziały: kobieta – mężczyzna, patrzący wstecz – naprzód, natura – kultura są jakoś powiązane? To pierwsze pytanie. Drugie – który z biegunów „cywilizuje”? Wreszcie – czy cywilizacja jest dobra?

Zacznijmy od początku, czyli od natury. Od silnego związku z naturą. Niewątpliwie jest on dużo większy w przypadku kobiet. To one są odpowiedzialne za podstawową czynność wszystkich organizmów na ziemi – przedłużenie gatunku. To one są źródłem nowego życia, one mają wpływ na jego kształt i rozwój – mężczyzna tylko przekazuje geny, ale dziecko rozwija się wewnątrz kobiety, a później jest karmione jej mlekiem i tak dalej.

Mężczyzna chodzi na polowania (teraz do pracy) i rzadko w sumie bywa w domu. Dlaczego on? Bo jest mniej związany z dzieckiem, siłą rzeczy mniej zaangażowany, a więc ma więcej czasu. Naturalny podział obowiązków. Mężczyzna nie ma tak specyficznie określonej przez naturę odpowiedzialnej funkcji. Zapładnia i ma wolne, bo kobieta i bez niego doskonale by sobie poradziła (co widać doskonale także w dzisiejszych czasach)! Dlatego mężczyzna ma z tym problem, kompleks...

Wymyślił więc kulturę.

Kultura to wszystko, co człowiek tworzy, ale głównie obyczaje, czyli nakazy i zakazy. Większość ma cel praktyczny – ułatwia codzienne życie, podpowiada jak robić coś, żeby optymalnie wykorzystać zasoby i nie zrobić przy tym nikomu krzywdy. Pięknie by było, żeby to było wszystko. Niestety reszta, nieduża jednak silnie zakorzeniona, to sprawy polityczne. Czyli nakazy i zakazy wygenerowane przez jakąś grupę wpływu dla osiągnięcia celu tylko dla tej grupy korzystnego. Kultura wymaga patrzenia wstecz – brania pod uwagę tego, co do tej pory już zostało wymyślone i sprawdzone. Wiąże się z tym rodzaj szacunku dla wcześniejszych pokoleń, z czego znów wynika wiara, że to, czego dokonali jest dobre i godne naśladowania.

Kultura to także rzeczy materialne. Narzędzia. Ważne szczególnie dla mężczyzn, bo to oni mają kompleks posiadania. Kobieta ma dziecko, jest ono niewątpliwie jej, bo ona je urodziła i wykarmiła. Mogą na siebie liczyć. A mężczyzna? Nie ma nic. Nie jest nawet pewien, czy ma dziecko i które to jest jego. Chciałby jednak być potrzebny do czegoś więcej, niż zapoczątkowanie życia w kobiecie. Wmówił wszystkim, że to on odpowiada za tak ważne rzeczy, jak (prócz płodzenia, oczywiście syna) dom i drzewa, parafrazując znane powiedzenie – mit kulturowy. Kobiety chcąc nie chcąc zgodziły się na to – i to był ich jedyny błąd.

I tak powstała cywilizacja. Reguły, mity, religie i cały wianuszek rytuałów, które miały podtrzymać tę chwiejną równowagę. Chwiejną, bo wprowadzającą nieznane w świecie przyrody praktyki. Na przykład wojny. Skąd się wzięły? Przecież zwierzęta nie toczą wojen. Nie mają sformalizowanego języka, ani tym bardziej pisma, dzięki czemu nie mają kultury, co znowu skutkuje brakiem różnic kulturowych, a to właśnie głównie one są przyczyną wojen. Chęć zysku, zdobywania, posiadania to przyczyna wtórna, męska, również powodowana kulturowo.

Czyli może jednak cywilizacja to zło?

Wiesz, adrenalina...

Jedna z celebrytek wybiera się właśnie na samochodowy rajd terenowy do Maroka, a zapytana przez dziennikarkę o cel takiej wyprawy – niebezpiecznej przecież – odpowiedziała: „Wiesz, adrenalina...”

Po co ludziom adrenalina? Ten OBRONNY hormon mocy, daje krótkotrwałą, acz nadludzką siłę do wykorzystania na walkę albo na ucieczkę. Nie jest absolutnie związany z przyjemnością, tylko ze strachem! Coś jest takiego w człowieku, że chce testować własną odporność na stres, lubi się bać. To pewnie ewolucja wykształciła taki mechanizm, który umożliwia pozostawanie w ciągłej gotowości (do walki lub ucieczki), a żeby tę gotowość utrzymać nakazuje trenować.

Największą dawkę adrenaliny dają oczywiście sporty ekstremalne. Maksymalne ryzyko, przynajmniej pozornie. Natomiast inne, klasyczne rzekłbym, dyscypliny sportowe, koniecznie związane z rywalizacją, są przez ludzi uprawiane ze względu na potrzebę odczuwania euforii związanej z wydzielaniem endorfiny. To jeden z hormonów szczęścia. Podobnie zresztą jak dająca nieco inne, ale jeszcze bardziej przyjemne doznania dopamina. Z tych trzech „popularnych” neuroprzekaźników – adrenaliny, endorfiny i dopaminy – ja wybieram zdecydowanie ten ostatni, ale – uwaga – tylko w formie naturalnej!

Człowiek doskonale potrafi sam zapewnić sobie błogostan, nie mówiąc już o wielkiej sile przyjemności doznawanej w towarzystwie płci przeciwnej, towarzystwie oczywiście bezinteresownym (prawie, bo mającym ten sam cel – przyjemność). Ale od zarania dziejów zawsze znajduje się ktoś (czy grupa ktosiów), kto zrobi wszystko, żeby wykorzystać ludzką słabość do przyjemności dla własnych celów. A tym celem jest również tylko i wyłącznie przyjemność. Jednak takim ktosiom przyjemność na ogólnie dostępnym poziomie z jakichś powodów nie wystarcza. Chcą przekonać innych, że przyjemność może dać coś innego, coś, czym ten KTOŚ właśnie dysponuje i chętnie (nie za darmo) udostępni!

Kto jeszcze walczy z powszechną przyjemnością? To znaczy komu zależy na tym, żeby dostęp do przyjemności nie był szeroki i dowolny? Otóż ci, którzy chcą mieć władzę nad innymi. Człowiek „zaślepiony” przyjemnością nie da się manipulować! Niektórzy filozofowie krytykujący hedonistyczny styl życia mieli w tym polityczny cel! Dlaczego polityczny? Jedna z definicji polityki brzmi: zespół działań prowadzący do przejęcia i utrzymania władzy. WŁADZY! Nie doprowadzenia do powszechnego szczęścia (przyjemności), tylko zabrania wszystkiego dla SIEBIE!

Nie jestem komunistą, ani socjalistą, ani nawet liberałem. Bo ludzie z tymi poglądami chcą na siłę coś zmieniać, zrównywać, pomagać, a w ekstremalnych przypadkach dopuszczają pewne praktyki, które nie mają nic wspólnego z naturą. Wolność wolnością, ale od natury nie można się odwracać. Być wolnym i nie szkodzić innym, nie umniejszać niczyjej wolności, ale też nie przeciwstawiać się naturze.

Ot i cały sekret szczęścia.

piątek, 26 sierpnia 2011

Boją się ludzie miłości bo...

Czy jest się czego bać? Czy jest to strach, czy lęk?

Naturalny jest strach przed nieznanym. Lęk natomiast jest przed czymś, co nie istnieje, lub w rzeczywistości nie jest takie, jakie się wydaje. Czyżby miłość nie istniała? Dlatego się jej boimy? Tylko co to jest „miłość”? Niewiele o niej wiemy, póki nie doświadczymy – niespodziewanie! A więc strach...

“Boją się ludzie wciąż miłości bo,
Nie chcą otworzyć się na jej mocny cios,
Zamknięci w sobie, zamknięci na świat,
Kiedy odchodzą czują żal...”*

Pojęcie „miłość” to bardzo zróżnicowany konglomerat uczuć i stanów emocjonalnych. Kryje się w nim pewna dwuznaczność i tajemnica, która czyni je jeszcze bardziej atrakcyjnym. Dlatego cokolwiek działającego od wewnątrz, co wprowadza nas w fazę zawieszenia między nierzeczywistością a światem realnym, a ukierunkowane jest na pewną zależność od drugiej istoty może być nazwane Miłością.

W języku polskim ukonstytuował się rozdźwięk pomiędzy czasownikiem, a rzeczownikiem oznaczającym to samo, najwyższe uczucie, czyli między „kochać”, a „miłość”. Ta podstawowa niespotykana dywersyfikacja zwraca uwagę na dzisiejszą kondycję miłości jako takiej. Kochać znaczyło dotykać, Miłość znaczyła litość.

“O wiele więcej przeżyć chciałem,
O wiele mocniej, lecz się bałem.”*

Miłość romantyczna? Nieszczęśliwa.

Dotknięci nią tworzymy sobie idealny (wirtualny!) obraz danej osoby, którą mogliśmy widzieć nawet przelotnie, ale w sytuacji dającej nikłą nadzieję na kolejne spotkanie - lub też spotykaną często, ale nie wykazującą zainteresowania nami.
Przynajmniej pozornie...

Dlatego targa nami nadzieja i nostalgia, zapominamy o całym świecie, nic nam się nie chce, bo nic nie ma dla nas sensu prócz tego nierzeczywistego nieco uczucia. Jesteśmy w stanie rzucić wszystko na jedno skinienie obiektu uwielbienia. Dla niego możemy zrobić rzeczy, o zdolność wykonania których nawet się nie podejrzewaliśmy. W tym krzywdę sobie albo komuś innemu.

Taka miłość to ból, który może trwać wiecznie. Ból istnieje, a więc miłość też.

Strach? Co tam, przecież lubimy się bać!

*cytaty z piosenki zespołu PTAKY

czwartek, 25 sierpnia 2011

Powrót do Matrixa

Słynny film braci Wachowskich ma wiele interpretacji i budzi sprzeczne emocje. Jedni patrzą tylko na efekty specjalne, inni próbują doszukiwać się głębi głębszej, niż to możliwe. Być może ja należę do tych drugich, ale ostatnio coś mnie tknęło, coś związanego z tym filmem i odnoszącego się do obecnych czasów.

Znowu pada...

Maszyny, które rządzą realnym światem karmią zniewoloną (i nieświadomą tego) większość ludzkości nie dość, że nią samą, to jeszcze wirtualną rzeczywistością, perfekcyjnie symulującą mózgowi "normalne" życie. To Matrix. Jest jednak grupa ludzi, którzy znają prawdę i chcą walczyć o wolność. Chcąc, czy nie, przyłącza się do nich Neo.

Właśnie. Chcąc, czy nie? Okazuje się, że misja Neo, to jego przeznaczenie. Czym jest więc owo przeznaczenie? Przecież to drugi Matrix. I na domiar złego - nie da się tak łatwo z niego wyzwolić, jak z tego pierwszego.

Skąd się bierze przeznaczenie, jeśli rzeczywiście istnieje? Może działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, której mechanizm bada między innymi współczesna psychologia? Jak sobie z nim radzić? Poddać się? Nigdy!

Być jak Neo z "Matrixa". Udawać. Udawać, że się w przeznaczenie wierzy. Ale nie traktować go poważnie. W ogóle nie traktować siebie, całego świata zbyt poważnie. Grać. Bawić się tym. O tym jest "Matrix". Jak to się ma do "dziś"? Wystarczy się rozejrzeć. Dojrzeć.