poniedziałek, 23 lutego 2015

Autoakceptacja w ukryciu

Tyle się mówi o potrzebie autoakceptacji… Niestety jednocześnie przemyca się teorię, że do jej pełni zawsze czegoś-tam brakuje, i że oczywiście można ten brak sobie uzupełnić, osiągnąć owe wyżyny niedostępne (płacąc za to duże pieniądze). Pytanie tylko: po co? Skoro właściwie z samej definicji powinno się akceptować to, kim się jest, co się ma, co można mieć i działać, realizować się w tym zakresie - taka jest misja jednostki. I nie ważny jest sam cel, tylko droga do niego.

Niestety od czasów otwarcia puszki Pandory ludzkość gnębią różne paskudztwa, a choroby „fizyczne”, fizjologiczne w rozumieniu współczesnej wiedzy medycznej, są wśród nich najmniejszym zmartwieniem. Jest cała masa innych przypadłości, z którymi można… żyć. Tak tak, autoakceptacja powinna polegać nie na dążeniu do „wyzdrowienia”. Często jest to kompletnie niemożliwe, gdyż sporo różnych „dolegliwości” jest pochodnymi choroby umysłu (jak się okazuje - dla psychiatrii także fizjologicznej).

Poprawność polityczna nie pozwala na pewne kategoryzacje, wszyscy mają być równi i już. Kto to wymyślił? Pisałem już o tym, jednolitą (i ciemną) masę łatwiej kontrolować i wykorzystywać do własnych celów (potrzeba władzy jeśli nie jest jedną z potrzeb fizjologicznych u niektórych osobników, to możliwe, że chorobą, z pewnością da się leczyć).

Jestem Ziemianinem. Człowiekiem, Polakiem, mężczyzną. Taki się urodziłem. Po cóż miałbym udawać kogoś innego, czy coś innego. Nie skoczę z dachu i nie zacznę latać, bo nie urodziłem się ptakiem. Nie będę oddychać pod wodą. Nie założę sukienki i nie urodzę dziecka. Czy to źle? Ani źle, ani dobrze, tak po prostu ma być i nie mnie to zmieniać. Nawet gdybym chciał. Polatać sobie, eh, piękna sprawa. Ale „góra” wyznaczyła mnie do innej misji.