środa, 12 listopada 2014
Międzygwiezdno
(Roboty są ekstra)
Fakt, film jest może za bardzo wypełniony truizmami, można pomyśleć, że takie są prawa marketingu, w końcu film jest przeznaczony dla widzów od 12 lat. Ale znając Nolana, to nie do końca jest tak. Twórca ten lubi w przystępnej, wręcz widowiskowej formie poruszać głębokie tematy. Kino moralizatorskie? Może, ale bardziej edukacyjne, tworzące podstawy pewnej wrażliwości, a więc wiek potencjalnego odbiorcy ustawiony został trafnie.
Przy okazji daje o sobie też znać swoista moda na fizykę kwantową, której problemy podane są w nieco uproszczonej formie, popkulturowej. Skąd w ogóle ten trend? Cóż, to proste, ludzie, szczególnie młodzi, zderzając się z rzeczywistością i próbując zracjonalizować sobie pewne zjawiska, kiedy obrzydzona im zostaje religia zwracają się ku nauce, a jedyną jej dziedziną, która łączy to, co wydaje się niemożliwe do połączenia jest właśnie fizyka kwantowa.
Bohaterowie filmu poruszają się właśnie w takiej pętli między egzystencjalizmem a metafizyką szukając odpowiedzi na proste pytania tam, gdzie kończy się zbadana rzeczywistość. Czuje się trochę inspirację "Solaris" Lema, jak zbadać niezbadane, czy w ogóle jest sens, czy się da? Gdzie jest granica? Ale te wszystkie tematy, łącznie z pozytywną stroną prawa Murphy'ego czy ponadczasową i naprzestrzenną potęgą miłości nie są głównym przesłaniem obrazu. Myśl przewodnia wynika z połączenia powyższego i poniższego:
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.
Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy -
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic -
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.
Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.
Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.
Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.
Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.
Fragmenty wiersza Dylana Thomasa wielokrotnie są w filmie powtarzane. Jak to wszystko ze sobą się łączy? Interpretacji zapewne jest wiele, więcej niż osób, które próbują interpretować. Moja jest następująca. Po pierwsze walczyć - do końca. To akurat proste. Ale dlaczego walczyć? To trudniejsze. Ano dlatego, że nie wiadomo, czy w ostatniej chwili nie uda nam się wygrać, gdyż nie kompletnie nie mamy pojęcia, jak to jest tam po drugiej stronie, co się stanie, kiedy przekroczymy granicę, I nie mówię tu tylko o śmierci, która jedną z takich granic jest, zresztą ukazanych wyraźnie w tym filmie. Chociaż "zakład Pascala" się przypomina...
Są inne, mniejsze granice, także te stawiane SZTUCZNIE przez nas samych - tych jest najwięcej. Postawione dlatego, że wydaje się nam, że powinny być. Że ktoś tam je kiedyś postawił i nikt nie ośmieli się ich ruszać, przekraczać. Niektóre pozytywne w postaci norm społecznych, ale większość negatywnych, wynikających z niewiedzy, strachu przed nieznanym, przyzwyczajeń. Paradygmaty.
To dobrze, że ten film jest moralizatorski. Może zasieje ziarno, które kiedyś da obfity plon.
niedziela, 29 czerwca 2014
W stronę pozytywizmu
Jak żyć? Walczyć, protestować, przeciągać linę, manipulować, dać się wciągnąć w wir walki. Eskalować. A może zamiast patrzeć na innych, krytykować bądź popierać, przez chwilę spojrzeć na siebie? Co ja zrobiłem dla świata? Nie, że zaraz musiałem dokonać czegoś wielkiego, co przetrwa na wieki, zostawić ślad, spuściznę, pamiątkę po sobie. Wypalić na Ziemi znamię. Mieć syna, zasadzić drzewo, zbudować dom… Choćby metaforycznie.
Czasem się uśmiechnąć, to już wyzwanie. Znajomi wrócili niedawno z Irlandii, wystarczył tydzień, żeby złapać dystans. Sprzedawcy w sklepach uprzejmi (prócz jednego, polskiego, prowadzonego zresztą przez Rosjan, czyżby spisek), ludzie kolorowi, mimo szarej pogody, starają się być “między sobą”, weseli, jakby nie mieli problemów. Nikt nie mówi o polityce. Myślą o niej oczywiście, ale na innym poziomie. Zamiast szarpać się na górze, pracują u podstaw.
Jakie to podstawy? To rodzice, którzy słuchają dzieci. Nauczyciele z misją, a nie tylko wykonujący pewną pracę, w której przeszkadzają im tylko dzieci. Przyjaciele, którzy myślą o Tobie, nie o sobie. Wreszcie obcy ludzie chętni do jakiejś, choćby najmniejszej kooperacji, nie tylko rywalizacji. A jeśli nie pomagający, to przynajmniej nie przeszkadzający.
Jest taka zasada, od której warto zacząć, jeśli się chce lepszego świat. Powtarzana w różnych księgach, świętych i świeckich. Jednak tylko Konfucjusz zapytany o nią przez swoich uczniów potrafił ująć ją jednym wyrazem, zresztą takie miał postawione przez owych zadanie. Odpowiedział "wzajemność".
poniedziałek, 5 maja 2014
Ssanie w genach
Ludzie się zmieniają.
Te zmiany dokonują się na poziomie fizjologicznym, gdyż nasze "orogramowanie" aktualizuje się automatyznie, zupełnie jak aplikacje pod Androidem. Poszczególne geny w ludzkim DNA ciągle aktywują się i dezaktywują, w końcu trwale zmienają, mutują. Chodzi o przystosowanie, to wiadomo od dawna, jednak do tej pory wiązane to było raczej z oddziaływaniem czynników fizycznych środowiska, w którym jednostka czy gatunek funkcjonuje, teraz zaś zaczyna się mówić, że ewolucja może mieć też tło mentalne.
Wszystkiemu winny jest język. Też nie od dziś wiadomo, że to dzięki niemu rozwinęła się kultura, w sensie całokształt działalności człowieka. Nie wiemy, czy zwierzęta myślą, wiemy, że nie mogą się tak jak my porozumiewać, na pewno nie na poziomie skomplikowanych wnioskowań i odniesień także emocjonalnych. W każdym razie człowiek używając języka zadaje sobie od zarania dziejów pytanie o sens swojego bytu.
Słowo ciałem się stało. Jeśli myśli materializują się wpływając na geny, które przekazywane są potomstwu, to można zaryzykować stwierdzenie, że człowiek w obecnym kształcie i z całym swoim wianuszkiem potrzeb, przyzwyczajeń, obyczajów, obaw, wierzeń został wymyślony - sam przez siebie. Potrzeba wiary w coś ponadnaturalnego, jakieś takie ssanie wewnętrzne, zagubienie, potrzeba refleksji nad sobą, potrzeby w ogóle, dążenia, wielkie cele, samorealizacja, to wszystko jest wymyślone. Czy to pułapka zastawiona na nas przez naszych przodków. Ślepa uliczka? Nie do końca.
Wspomniane wewnętrzne ssanie najłatwiej zagłuszyć jest realizując własne potrzeby, nawet te „wyższe”. W ten sposób w przyszłość wędrują geny nasycone egoizmem i narcyzmem. Konfucjańska wzajemność powoli umiera. Po milleniach wspólnoty, zaczyna się era rozproszenia. Stado rozdzielono na rodzinę, ta jako nienaturalny twór rozpada się, jednostki jak atomy dosłownie szukają nowych związków. Do głosu dochodzi pierwotna siła skupiania się w duże grupy. Jak grawitacja tworząca planety. Dysonans wytwarza depresję - pojawia się ssanie i pozorny brak pomysłu skąd ono. Stąd strach. Stąd moda na horrory, rzeczy nadprzyrodzone, duchy, ufo, zamachy na samoloty. Wracając do kosmicznej parafrazy - to wypełnianie czarnej dziury.
Odpowiedni poziom bodźców nawet sztucznie tworzonych bodźców przesuwa granicę reakcji. To naturalna, ewolucyjna i zbawienna w większości życiowych sytuacji cecha mózgu. Szkodliwa na naszym etapie rozwoju społecznego, gdyż boimy się angażować, współczuć, pomagać innym, zapytani tłumaczymy, że od tego są rosnące jak grzyby po deszczu instytucje rządowe i pozarządowe.
A gdyby tak spojrzeć wokół, podać rękę potrzebującym, bez rozkręcania całej machiny (księgowej - kasa kasa kasa). Jeśli nie pomagać, to chociaż nie przeszkadzać.