środa, 16 stycznia 2019

Wszystko płynie

Biedny Heraklit zapewne przewraca się w grobie słysząc, jak ludzkość nadużywa i nadinterpretuje jego myśl "panta rhei". Chociaż zdaje się, że owo błędne rozumienie nie dotyczy innych języków, które próbują uwikłane w swoje naleciałości przekazać jej sens, tylko naszego polskiego. Nawet nie jest to wina samego języka, tylko jego użytkowników, którzy lubią dodać coś od siebie, po swojemu wytłumaczyć i, co nader częste, dostosować do własnej wizji czy potrzeby.
Tak właśnie ze "wszystko płynie" zrobiło się "nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki". Poetycko? Raczej obrazowo. A że widzimy to, co chcemy... Większość domorosłych interpretatorów słowa te traktuje jako rodzaj zakazu. W sensie takim: jak już byłeś w jakimś związku (rzece), który się zakończył, to już nie probuj go wskrzesić (nie wchodź drugi raz). Ależ to mądre! Tyle, że nie o to chodziło, jeśli chodzi o źródło i sens tego powiedzenia.
Ten sens można zrozumieć dopiero po powrocie do źródła właśnie. Wszystko płynie. Przysłowiowa rzeka nie jest już taka sama. Inna woda, inne brzegi. Wszystko się zmieniło. Więc nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki, bo już jej nie ma w tej dokładnie formie i stanie, co za pierwszym razem. Nie tyle nie można do niej wejść, co jest to niemożliwe. A "niemożliwe" i "nie można" to dwa kompletnie różne pojęcia.
Znając sens przekazu zastanówmy się nad jego wymową. Jest to stwierdzenie pewnego niezaprzeczalnego faktu, ale czy ma wydźwięk negatywny, jak w błędnej interpretacji, czy pozytywny? Zależy, jak traktuje się kluczowy, acz ukryty, element sentencji - zmianę.

czwartek, 27 grudnia 2018

Uroboros

Zatoczyłem koło. Czytam swoje poprzednie wpisy i śmieję się sam do siebie - i sam z siebie. Doszedłem do momentu, w którym odwrócił się też Sokrates stwierdzając, że właśnie już wie, że tak naprawdę nie wie nic. Co to w ogóle znaczy? Otóż to, że człowiek nigdy nie będzie w stanie zrozumieć świata (boga - agnostycyzm), to w sensie negatywnym, a z pozytywów na pewno główny jest taki, że ta wiedza nie jest kompletnie człowiekowi do niczego potrzebna.

Wszystko się powtarza, historia, kultura, schematy. Archetypy istnieją. Czy to źle? Dobrze, wystarczy tylko dać się im porwać. Niekoniecznie do końca to zrozumieć - jak wspomniałem - nie da się, ale przynajmniej mieć świadomość, że tak jest. I - co najważniejsze - nie chcieć rozumieć, nie starać się zgłębiać istoty, nawet po to, żeby pomóc innym, bo też się nie da. Trzeba żyć po prostu, tu i teraz, robić, co się da w danej chwili, nie wybiegać daleko w przyszłość. Kochać.

Najpierw pokochać siebie. Wiem, dla niektórych to pułapka, można skończyć jak mityczny Narcyz. Ale to warunek, żeby wiedzieć, czego się chce, do czego dąży, jaką drogą pójść. To ważne. Przede wszystkim nie oszukiwać siebie. Innych tak, na tyle, żeby nie popadli w szaleństwo, bo jeszcze nie doszli do tego etapu, co my, nie są gotowi poddać się nurtowi. Kochając siebie wie się też, co się kocha w innych, a więc podchodząc pragmatycznie - jak wygląda nasza druga połówka.

Platon miał rację, że ludzie byli kiedyś całkowitościami składającymi się z dwóch pierwiastków, obecnie rozdzielonych. Nie wnikam w legendarne ani duchowe podstawy, jak to się stało, ale to prawda. Celem istnienia człowieka na ziemi jest znalezienie zaginionej części, a później zjednoczenie się z jeszcze większą całością - już raczej nie na tym "łez padole", ale w skali kosmicznej. Mówimy "druga połówka", ale to też nie do końca precyzyjne określenie - zresztą to niemożliwe.

Szukamy swojej drugiej części (może jak tytułowy Uroboros chcemy złapać się za ogon i się zjeść, tworząc odwieczny cykl), która wcale nie musi być naszym "przeciwieństwem, które się przyciągają". Do całości może brakować niewiele, albo dużo, dużo więcej, niż mamy. Nie oznacza to też wcale, że ta poszukiwana osoba będzie do nas podobna, ale też nie musi być różna. To tak jak z układankami typu puzzle. Każda cześć jest inna, każda ma swoje miejsce.

piątek, 15 czerwca 2018

Homosie na stosie

Nie, nie będę nikogo tu palić, wręcz przeciwnie, ale taki tytuł wpadł mi do głowy - nośny i wyzywający. A piszę ten tekst dlatego, że udało mi się wreszcie rozdzielić pewne sytuacje, pozy, problemy od konkretnych osób, jednostek. Jednak nadal nie zamierzam zostać homoseksualistą.

Powiedzmy to jasno - homoseksualizm istnieje, od bardzo dawna, także w świecie zwierząt - stamtąd częściowo się wywodzi jako część podstawowego popędu człowieka - seksualnego, Erosa, przetrwania. Z instynktu człowieka jako, w pewnym stopniu, zwierzęcia.

Przeciwieństwa się przyciągają (hetero), a podobieństwa odwrotnie. Fizyka - magnetyzm. Ale ludzie, to nie kawałki ferrytu czy neodymu. W każdym człowieku istnieje pierwiastek męski i żeński - koktajl hormonów może mieć różne proporcje, co wynika głównie z genetyki.

Natomiast wiemy, że geny mogą się zmieniać pod wpływem czynników zewnętrznych, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Jeśli porównamy jednego człowieka z bardzo skomplikowaną, przestrzenną figurą geometryczną okaże się, że figura drugiego może (z którejś strony) pasować.

Niezależnie od płci. Mimo to wciąż daleko mi do akceptacji filozofii gender, tym bardziej, że w historie o kobiecie zamkniętej w ciele mężczyzny nie wierzę, to znaczy na pewno nie w naturalne pochodzenie takiej sytuacji, gdyż natura nie jest aż tak ironiczna. Albo Bóg.

Natura stwarza nas tak, żebyśmy mieli jak największe szanse na przetrwanie i na przedłużenie gatunku. Bóg też, choć w tym stworzeniu dopuszcza działanie złego - dla naszego rozwoju, ale nie fizycznego, jak chce natura, a duchowego. Niektórzy mogą już tu czuć pewien dysonans.

Wróćmy do świata zwierząt - młode osobniki delfinów odbywają stosunki homoseksualne, jednak jest to rodzaj zabawy (można porównać śmiało do ludzkiego siłowania się na ręce), treningu, sprawdzenia się w roli samca w późniejszym życiu. Nie prowadzi do "związków".

Mówi się, że delfiny mają mózg rozwinięty przynajmniej tak bardzo, jak ludzki. Jednak z przyczyn obiektywnych (środowiskowych) nie wytworzyły pisma, mitów, kultury, a co za tym idzie schematy ich nieświadomości działają nadal w podstawowym zakresie "przetrwania" - od milionów lat.

Delfiny nie mają żadnych zakazów - np. zakazu kazirodztwa. Nie mają rzeczy. Żyją blisko natury, w naturze. Po prostu są częścią natury. Nie żyją w takim rozdrobnieniu, jak ludzie. Niczego nie szukają, prócz pożywienia i nikogo, prócz partnera - a cel jest jeden i niezmienny. Nie tracą też czasu.

U ludzi jest inaczej. Nie to, że gorzej. Po prostu nie cofniemy się - z własnej woli - do tego stanu naszych wodnych, dalekich kuznów. Chyba, że globalna katastrofa unicestwi wszystkie nasze trwałe wytwory i zgromadzone zdobycze zarówno materialne, jak i (zmaterializowane) intelektualne.

Rządzą nami wytwory nieświadomości zbiorowej, aprioryczne idee, które mogą łatwo przejąć władzę, jeśli im na to pozwolimy. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie ich wpływu. Ale wszystko co uświadomione i zdekodowane - zanika. Tak jak na przykład Bóg - wydawałoby się.

Jednak to tylko iluzja. Ci, którzy uznali, że wiedzą już wszystko o Bogu, ba, stanęli z nim na równi, tracą wszystko. Twórczy chaos lewej półkuli mózgu zanika i z człowieka robi się coś gorszego, niż zwierzę. Pusta skorupa, która już nie ma z czym i o co walczyć. Nawet z samym sobą.

wtorek, 12 grudnia 2017

Historia musi się powtarzać

Źródeł konfliktu w polskiej polityce należy szukać pod koniec XIX wieku, kiedy nasz kraj był pod zaborem rosyjskim, a wielu rodaków przebywało na emigracji kombinując jaką drogą pójść, żeby odzyskać wolną Polskę.

Ze wschodu dotarła do Polski fala emigracji żydowskiej, tak zwani Litwacy. Mieli zgoła inne spojrzenie na świat, niż nasi zasymilowani bracia. Z czego to wynikało? Ano z traktowania przez współobywateli i władze. Nasi byli Polakami pełną gębą, często od wielu pokoleń. Tamci, choć mówili po rosyjsku, nigdy nie przyjęli choć cząstki kultury, w obrębie której żyli. Izolowani nauczyli się sami izolować.

Tymczasem na emigracji we Francji utworzyła się Grupa Inicjatywna, która w 1892 przyjęła "Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej". Oto pierwsze dwa punkty dokumentu:
1) bezpośrednie, powszechne i tajne głosowanie; prawodawstwo ludowe;
2) całkowite równouprawnienie narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej na zasadzie dobrowolnej federacji;

Piękne założenia, ale ciekawostką jest to, jaka narodowość miała później być liderem. W każdym razie z biegiem lat grupa rosła w siłę (pomoc "zachodnich" mocarzy tego świata nieoceniona) i po odzyskaniu niepodległości Polska Partia Socjalistyczna (PPS) posiadała swoich ludzi wszędzie, a każda próba przejęcia władzy przez inne stronnictwa kończyła się wiadomo jak - Piłsudski nasz bohater, który w 1920 roku zatrzymał komunizm, był przecież PPS-owcem.

Wybuchła wojna i do naszego kraju z butami Armii Czerwonej weszły struktury narodowe polskie tworzone w Moskwie. Polscy działacze, również głównie pochodzenia żydowskiego, przedstawiciele Polskiej Partii Robotniczej (PPR) którzy nieprzypadkowo lubili używać słowa "Naród". Po wyzwoleniu było jasne, kto będzie rządził w Polsce, ale żeby nie wybuchła wojna domowa Moskwa postanowiła utworzyć PZPR.

Mówi się, że PPR wchłonęło PPS. Ci drudzy byli w mniejszości, ot pół miliona przeciw milionowi. Mieli zupełnie różne od większości poglądy "filozoficzne" - PPS zawsze głosił ponadnarodowy liberalizm, a PPR narodowy komunizm - więc z realizacji swoich założeń nie zamierzali rezygnować. Jak to pogodzić? Nie da się, więc mimo zjednoczenia w obrębie PZPR wyłoniły się dwie wrogie frakcje - bardziej zaściankowa, swojska - Natolińczycy oraz inteligencka, światowa - Puławianie. "Chamy i Żydy". A tak naprawdę "inteligenccy Żydzi" i "Robotniczo-chłopscy Żydzi".

A kolejnym pokoleniem Puławian, a dokładnie ich dziećmi (naturalnymi) byli członkowie grupy wywrotowej "Komandosi", która rozrabiała na uczelniach w 1968 roku. A wszystko w imię "wolności", a tak naprawdę chodziło o przejęcie władzy w partii, w kraju. Nie udało się, więc trzeba było wymyślić coś innego...

Lata 70., robotnicze protesty, dziwne spiski i kombinacje, cud gospodarczy za amerykańskie pieniądze. To wszystko echa wojny na szczycie. Wtedy też  wśród wysoko postawionych członków partii, tych też nie będących wysoko w samej partii, ale na przykład na wysokich stanowiskach w dużych zakładach pracy, rozszedł się "prikaz", żeby żenić się z żydówkami. To była jedna z możliwości "rozwoju" w strukturach władzy.

Przepychanki trwały aż do 1980 roku, kiedy powstała "Solidarność". Przedstawiono "21 Postulatów", oto pierwsze trzy:
1) Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2) Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3) Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań. 

Jaki to był sprytny zabieg! Inteligencja żydowska zinfiltrowała robotnicze, najpierw nieformalne, potem formalne organizacje żeby przejąć "pokojowo" władzę z rąk frakcji w PZPR reprezentującej właśnie robotniczą stronę...


Frakcja "przeważająca" w PZPR nie zamierzała się poddać, a więc 13 grudnia 1981 nie wytrzymała i wprowadziła stan wojenny. Niektórych działaczy opozycji internowano bardziej, niektórych mniej, infiltracja obustronna była wszędzie. I jest do dziś. Tak naprawdę na polskiej ziemi walczą ze sobą dwie strony, obie zinfiltrowane - albo przez zwolenników asymilacji albo przez syjonistów. Historia nie tyle lubi się powtarzać, co musi, skoro jest świadkiem ścierania się dwóch stron, które od tysiącleci się nie zmieniają.

środa, 17 maja 2017

Można? Można!



Wszystko musi mieć sens i logikę.
I ma.
Jeśli tego sensu i logiki nie dostrzegamy, to znaczy, że za mało wiemy o tym (kimś/czymś/zjawisku).
Natomiast z reguły jeśli mamy ubytek w wiedzy, to staramy się go zapchać „swoją” logiką.
Lub nielogiką.
Albo inną twórczością mniej lub bardziej „artystyczną”.
Dopasowujemy, szufladkujemy, zawsze pod ręką jest jakiś stereotyp.
Kolorujemy, wyolbrzymiamy, albo przeciwnie, marginalizujemy…
Tak działa mózg człowieczy - na poziomie automatycznym - to pozostałość wczesnych faz ewolucji.
Jednak ze swojej własnej definicji człowiek powinien wyjść wyżej.
I zostawić sobie więcej wolnego miejsca w umyśle.
Być ciekawym, dociekliwym, pytać, pogłębiać wiedzę, odkrywać.
Wiem.
Każde pytanie rodzi kolejne pytania. Można tak w nieskończoność.
Można.
A nawet trzeba.

piątek, 16 września 2016

Sens życia wedug imprezowiczów


Prawda o ludzkości może być dla niektórych dość przerażająca. Nasz gatunek (hedoniści mieli rację) żyje tylko i wyłącznie dla przyjemności. Wszystkie nasze działania skierowane są ku temu, by wprowadzić nasz mózg w stan przyjemności właśnie, do czego prowadzi stosunkowo prosta reakcja chemiczna. A podstawą jej funkcjonowania i właściwym celem jest oczywiście potrzeba (użycie słowa nieprzypadkowe) przedłużenia gatunku, czyli coś, wokół czego cały świat, a może i wszechświat, się kręci.

Gody to cel wszystkich działań, i bardzo dobrze, stan euforii jest za to nagrodą. Ciekawe natomiast jest to, jak większość osobników radzi sobie z brakiem możliwości przystąpienia do godów. Inna sprawa to przyczyna tego braku możliwości - wynika ona z różnych uwarunkowań - geograficznych, społecznych, kulturowych, psychicznych (w tym fobii) - ale to tematy raczej znane. A radzi sobie wynajdując czynności zastępcze, bądź, co gorsza, tzw. środki zastępcze, jak najbardziej materialne, substancje wręcz.

Wystarczy to sobie uświadomić i… czerpać przyjemność z obserwowania ;-)

Impreza. Tak zwana. Jawne gody… teoretycznie. Bo to zależy od jej rodzaju. Na przykład weźmy współczesną formę klasycznej imprezy, jaką jest wesele. Mnóstwo ludzi, którzy przeważnie się nie znają, gdyż nie zaprasza się rodziny czy wsi, tylko znajomych np. z korpo czy z klubu miłośników czegoś-tam. Sytuacja idealna wydawałoby się, choć nie do końca. Dlaczego? Ludzie owszem mają się szansę spotkać, są wolni, więc ziarno związku zasiać, ale okoliczności są słabe - kiepska muzyka i alkohol, co niektórych odstrasza.

Pozostańmy jednak przy analizie imprezy bogatej w członków stanu wolnego. Alkohol rozluźnia normy społeczne i zbliża ludzi do siebie (zaraz przed tym, jak niektórych zapominających po co tu przyszli zbliży do matki Ziemi). Lekki rausz jest więc wskazany, jeśli ktoś nie potrafi wyluzować bez tego, a związek po zapoznaniu na takiej imprezie może być udany. Sęk w tym, żeby imprezę traktować właśnie jako okazję do zbliżenia się do celu, jakim są gody, a nie jako cel sam w sobie - to chciałem z całą mocą podkreślić.

Wyżej wspomniane imprezy to wizyty w klubach, na weselach itp - czyli te mające wysoki współczynnik anonimowości. Niestety niektóre osobniki wydają się od imprez uzależniać - czy to chemicznie od samej substancji alkoholu, czy też psychicznie od osiągnięcia błogostanu (przyjemności) będącego nagrodą wygenerowaną przez mózg za uczestnictwo w procesie przedłużania gatunku. I tu dochodzimy do sedna - mózg jest konstrukcją prostą i jego reakcje mogą powodować przeróżne bodźce - często zabójcze.

To trzeba oddzielić - wprowadzić sobie pojęcie utylitaryzmu, świadomości celu, analizę konsekwencji. Chyba, że ktoś lubi żyć bez celu. A przyjemność mózg wygenerować potrafi także wtedy, gdy uprawiamy sport (gdyż usprawniając ciało rośnie nasz potencjał przedłużenia gatunku) albo kiedy pomagamy innym (empatia to jeden z ważnych mechanizmów przedłużania gatunku, zaprojektowany przez naturę głównie na okazję posiadania i wychowywania dzieci). Co wybierzesz?

***

Aha, jeszcze sobie jedną rzecz przypomniałem. Są tacy, którzy chodzą na imprezy nie dlatego, że lubią czy muszą, tylko dlatego, że inni tak robią...

Adaptacja dewiacyjna.

czwartek, 12 maja 2016

Kryzys testosteronu



Freud miał rację, ale nie do końca. Życiem człowieka sterują popędy wynikające z seksualności, od urodzenia, to fakt. Różnie się to objawia u kobiet i mężczyzn. Podstawą jest to, że kobieta przez część życia może, ale nie musi, potem w połowie życia już nie może. Z mężczyznami jest inaczej. Oni przez większość życia MUSZĄ, a po czterdziestce już tylko mogą… Czujecie różnicę? Żyjemy coraz dłużej - co się dzieje z popędem w z biegiem lat? Czy poziom hormonów konkurujący o prym z przyzwyczajeniem ma związek z kryzysem wieku średniego? Oczywiście!

Nie wiem nic o kobietach, będę więc odnosił się do męskiej części. Mówi się, że kryzys wieku średniego jest wtedy, kiedy mężczyzna osiągnie już cele związane z prokreacją i wychowaniem dzieci, ma więcej czasu, więc nie wie co ze sobą zrobić i mu odwala. Taką definicję raczej kobiety wymyśliły, wydaje mi się, że z zazdrości. Dlaczego? Bo nie mają tylu zainteresowań. Czynnik ewolucyjny, niższa inteligencja. Wiem, nie jestem politycznie poprawny, ale z drugiej strony - taka jest prawda. Nie lubimy inteligentnych kobiet - podświadomie - gdyż czujemy, że z taką jest coś nie w porządku, nie do końca jest kobietą… A kobiety wcale się nie muszą wstydzić swojego braku erudycji, mają inne cele.

Kryzys wieku średniego - nie wynika z nadmiaru czasu i szaleństwa. Choć u niektórych mężczyzn tak się objawia - nie radzą sobie z nim, gdyż czują, że nie pasują do ram ustawionych przez lokalne normy społeczne i zaczynają tracić rozum widząc, że gdzieś te ramy uciekają, nie pasują, są zbyt ciasne. Lepiej mają Ci, którzy przyjmują to na klatę i rozumieją, że jest to jakiś kolejny etap rozwoju w życiu. Ma to podstawy fizjologiczne, więc nie ma się czego bać, a tym bardziej wstydzić. Wszystkiemu winien testosteron. Jego poziom z wiekiem spada. A więc po czterdziestce mężczyzna już nie musi… Ale wciąż może, jeśli chce.

Większość może i się gubi. Raz, że ramy społeczne, dwa, że bycie mężczyzną zobowiązuje - trzeba rwać laski itp. Choć się nie chce… Albo tylko psychicznie się chce, bo wykształcił się rodzaj przyzwyczajenia, wręcz natręctwa. Niestety reakcja fizjologiczna nie nadąża. Nie mówię, że nie staje, ale nie ma już takiej przyjemności z tego. Dlatego zdradzają - szukają przygody, większej liczby doznań, różnych, nowych - ale to nic nie daje, bo hormony tego nie udźwigną. Mózg trzeba przestawić na inne tory. Realizować marzenia - nawet te z dzieciństwa. Teraz, kiedy mężczyzna uwolnił się spod jarzma testosteronu jest ku temu najlepsza okazja. I wielki zysk społeczny, gdyż człowiek nie uwikłany popędami może naprawdę wiele osób czegoś nauczyć, zainspirować, a przy okazji samemu odczuwać satysfakcję.

Jeszcze jeden dowód na to, że mężczyźni do pewnego wieku są niewolnikami hormonów - znacie historię mnichów albo nawet eunuchów - oni potrafili rozwinąć swój potencjał bardzo wcześnie, dzięki czemu szybko dochodzili do mistrzostwa w swoich dziedzinach. Jasne też, że wszystko warunkuje kultura danego obszaru, społeczeństwa, regionu świata. Arabowie popędy tylko ukrywają pod wersetami Koranu, a tak naprawdę są seksualnie zwierzętami. Azjaci znów potrafią popędy stłumić, wyeliminować, albo korzystnie przekierować na inne obszary, dla dobra innych ludzi. Europejczycy - różnie, ale tylko w naszej kulturze są tzw. bawidamkowie, amanci, jawnie eksponujący swoją seksualność i to przy akceptacji ogółu. Dlatego też w naszej kulturze uwolnienie od hormonów przebiega tak boleśnie.

Lewactwo ma już swój sposób na pozbycie się testosteronu, ale czy doprowadzi to do rozwoju społeczeństwa? Przypomina mi się słynny eksperyment z myszami...