wtorek, 30 sierpnia 2011
Zodiak kłamie, czyli apokalipsa cz. II
niedziela, 28 sierpnia 2011
Każdy głupi ma swój rozum
Logika podpowiada, że każda przyczyna ma swój skutek. Wschodnie pojęcie "karma" zakłada, że każdy skutek ma swoją przyczynę, nic nie dzieje się przypadkiem. Nie wchodząc głębiej możemy stwierdzić, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a kiedy poruszamy się w kręgu stosunków międzyludzkich, to żadna przyczyna nie może istnieć jako niezależny byt – przyczyną jest cel – gdyż każdy człowiek ma jakiś cel. Otoczeniu może być znana tylko garść jego celów jawnych, niektórzy komentują złośliwie, że właściwie (na pewno) nie ma on ich żadnych. Ale te są zawsze. Szczególnie jeden, najważniejszy, skrzętnie ukryty, który nigdy nie będzie ujawniony przed jego ostatecznym osiągnięciem.
Dlatego jest ukryty – nikt nie może przeszkodzić w jego realizacji.
Jako główny jest na samym dnie, przysypany pozostałymi celami, najpierw ukrytymi mniejszymi, potem warstwą celów niby nieistniejących, zdających się osiągać samoistnie i przypadkowo, następnie garścią celów jawnych narzuconych przez systemy i grupy, w końcu jawnych silnie zindywidualizowanych, pokazowych, całkowicie odwracających uwagę od tych z samego dna. Tym samym nie możemy powiedzeć, że celem człowieka jest szczęście, gdyż pojęcie to tylko opisuje stan, w którym znajdziemy się w momencie osiągnięcia celu. Co jest więc celem?
Ludzie łączą się w grupy posiadające jeden główny, czasem kilka cząstkowych wspólnych celów. Ale jako że są to zawsze cele jawne, wygenerowane często nieporadnie, na przykład tylko dla możliwości przyłączenia się, to grupa jako taka nigdy nie przetrwa dłużej. Nigdy też nie będzie świadkiem całkowitej realizacji własnego głównego celu, dlatego że jej członkowie udając, że koncentrują się na nim dążą do własnych, ukrytych, które z założenia (odwracanie uwagi) są sprzeczne.
Społeczeństwo jest grupą posiadającą wspólny, jawny cel, którym jest tak zwane „dobro społeczne”.
Cel ten jest oczywiście sztuczny i bazuje na konwencji o warunkach wzajemnego współistnienia, na próbie wykreowania bezpiecznego otoczenia i wskazania kierunków rozwoju. Tylko że jakiekolwiek konwencje wykluczają rozwój – umowa jest zawsze paktem o nieagresji, akceptacją pewnego status quo, czyli prowadzi do stagnacji. A poczucie bezpieczeństwa jest względne, bo nie wszyscy członkowie społeczeństwa uznają zasady, ba, część wręcz wykorzystuje tę stagnację i kreację do swoich celów. Teoretycy głoszący potrzebę zmiany społecznej mieli również swój cel, tak jak i ja posiadam takowy pisząc tego bloga.
Trudność osiągnięcia celu jest oczywista, tak jaki i wielki wewnętrzny przymus, żeby go osiągnąć.
sobota, 27 sierpnia 2011
Faceci tak mają, czyli apokalipsa cz. I
Wiesz, adrenalina...
piątek, 26 sierpnia 2011
Boją się ludzie miłości bo...
Naturalny jest strach przed nieznanym. Lęk natomiast jest przed czymś, co nie istnieje, lub w rzeczywistości nie jest takie, jakie się wydaje. Czyżby miłość nie istniała? Dlatego się jej boimy? Tylko co to jest „miłość”? Niewiele o niej wiemy, póki nie doświadczymy – niespodziewanie! A więc strach...
“Boją się ludzie wciąż miłości bo,
Nie chcą otworzyć się na jej mocny cios,
Zamknięci w sobie, zamknięci na świat,
Kiedy odchodzą czują żal...”*
W języku polskim ukonstytuował się rozdźwięk pomiędzy czasownikiem, a rzeczownikiem oznaczającym to samo, najwyższe uczucie, czyli między „kochać”, a „miłość”. Ta podstawowa niespotykana dywersyfikacja zwraca uwagę na dzisiejszą kondycję miłości jako takiej. Kochać znaczyło dotykać, Miłość znaczyła litość.
“O wiele więcej przeżyć chciałem,
O wiele mocniej, lecz się bałem.”*
Miłość romantyczna? Nieszczęśliwa.
Dotknięci nią tworzymy sobie idealny (wirtualny!) obraz danej osoby, którą mogliśmy widzieć nawet przelotnie, ale w sytuacji dającej nikłą nadzieję na kolejne spotkanie - lub też spotykaną często, ale nie wykazującą zainteresowania nami.
Dlatego targa nami nadzieja i nostalgia, zapominamy o całym świecie, nic nam się nie chce, bo nic nie ma dla nas sensu prócz tego nierzeczywistego nieco uczucia. Jesteśmy w stanie rzucić wszystko na jedno skinienie obiektu uwielbienia. Dla niego możemy zrobić rzeczy, o zdolność wykonania których nawet się nie podejrzewaliśmy. W tym krzywdę sobie albo komuś innemu.
Taka miłość to ból, który może trwać wiecznie. Ból istnieje, a więc miłość też.
Strach? Co tam, przecież lubimy się bać!
*cytaty z piosenki zespołu PTAKY
czwartek, 25 sierpnia 2011
Powrót do Matrixa
Słynny film braci Wachowskich ma wiele interpretacji i budzi sprzeczne emocje. Jedni patrzą tylko na efekty specjalne, inni próbują doszukiwać się głębi głębszej, niż to możliwe. Być może ja należę do tych drugich, ale ostatnio coś mnie tknęło, coś związanego z tym filmem i odnoszącego się do obecnych czasów.
Znowu pada...
Maszyny, które rządzą realnym światem karmią zniewoloną (i nieświadomą tego) większość ludzkości nie dość, że nią samą, to jeszcze wirtualną rzeczywistością, perfekcyjnie symulującą mózgowi "normalne" życie. To Matrix. Jest jednak grupa ludzi, którzy znają prawdę i chcą walczyć o wolność. Chcąc, czy nie, przyłącza się do nich Neo.
Właśnie. Chcąc, czy nie? Okazuje się, że misja Neo, to jego przeznaczenie. Czym jest więc owo przeznaczenie? Przecież to drugi Matrix. I na domiar złego - nie da się tak łatwo z niego wyzwolić, jak z tego pierwszego.
Skąd się bierze przeznaczenie, jeśli rzeczywiście istnieje? Może działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, której mechanizm bada między innymi współczesna psychologia? Jak sobie z nim radzić? Poddać się? Nigdy!
Być jak Neo z "Matrixa". Udawać. Udawać, że się w przeznaczenie wierzy. Ale nie traktować go poważnie. W ogóle nie traktować siebie, całego świata zbyt poważnie. Grać. Bawić się tym. O tym jest "Matrix". Jak to się ma do "dziś"? Wystarczy się rozejrzeć. Dojrzeć.