wtorek, 30 sierpnia 2011

Zodiak kłamie, czyli apokalipsa cz. II

Każdy z nas zna swoją datę urodzenia. Nie każdy zna swój znak zodiaku. Niektórzy nie wiedzą nawet co to jest. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze parę wieków temu Astrologia była nauką wykładaną na najświetniejszych uniwersytetach na całym (znanym podówczas) świecie.

Obyczaje się zmieniają, tak jak moda. Niepozorne wynalazki potrafią odwrócić do góry nogami cały dotychczasowy system – w najszerszym znaczeniu tego modnego obecnie słowa. Przypadkowe odkrycia sprawiają, że całe dziedziny wiedzy upadają w gruzach, a my później się śmiejemy z tamtych założeń, dziwimy się ludziom, którzy poświęcili całe swoje życie na jakieś badania. Bywa, że upadają całe cywilizacje.

Majowie wykończyli się bez pomocy Kolumba. Traktuje o tym między innymi film „Apocalypto” Mela Gibsona, choć bazuje na domysłach i fikcji, to współcześni naukowcy coraz bardziej skłaniają się ku tezie, że rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej nie przetrzebiła ani żadna zaraza przywieziona przez białego człowieka, ani on we własnej zaślepionej złotem osobie. Zabiła ich własna cywilizacja, własny system (wierzeń). Nie starczyło obywateli na ofiary. Dla nich był to prawdziwy koniec świata.

21 grudnia 2012 – koniec kalendarza Majów, precyzyjnej kompilacji między innymi cyklu życia ludzkiego i pór roku. Tak wyszło, że wszystkie cykle biorące udział w tym kalendarzu kończą się właśnie w dniu przesilenia zimowego w przyszłym roku. Ale Majowie już mieli swój koniec świata. Dlaczego ludzie Zachodu wierzą w przekaz ludu, który niemal na ich oczach przestał istnieć? Data jest ciekawa, ale proroctw więcej. Teraz dla większego efektu dopasowuje się do tego przepowiednie Nostradamusa i cytuje biblijną Księgę Objawienia.

Naukowcy przestrzegają przed nadchodzącymi katastrofami naturalnymi, ba, twierdzą, że te, które są już za nami, to oznaki czegoś większego. Na przykład zmiany polaryzacji pola magnetycznego Ziemi. Mówią zresztą, że podobnych, totalnych wydarzeń w historii naszej planety było więcej, żeby wspomnieć tylko o zagładzie dinozaurów, której prawdziwego powodu nadal nie znamy.

Musimy sobie jednak uświadomić, że przyszłość zależy od nas samych. To, co przygotuje (kiedyś na pewno – statystyka jest bezlitosna) nam natura będzie tylko testem na człowieczeństwo. Testem na to, czy będziemy w stanie zapomnieć o wszystkich podziałach, sztucznych systemach, układach, umowach i być ponad nimi. Katastrofy nie muszą nas zabić, ale mogą zamienić nas w zwierzęta, a wszystkie zdobycze techniki, kariery, profile na facebooku, terabajty danych zamienić w popiół.

A kosmici? Może nam pomogą? Obserwują nas, dają nam znaki, jak sądzi 90 procent Amerykanów. To jednak myślenie typowe dla ludzi wychowanych przez stereotypy i mity kultury. Bo nie dość, że obcy mogą żyć w innym wymiarze, rozmiarze, formie, na którą nie zwrócilibyśmy nawet uwagi, to nie podróżują do gwiazd, gdyż osiągneli taki poziom rozwoju – dla nas niewybrażalny – że nie czują potrzeby ekspansji, taki, do osiągnięcia którego potrzebna była współpraca, a nie rywalizacja.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Każdy głupi ma swój rozum

To stare porzekadło kryje w sobie ciekawą prawdę. Proste słowa na określenie mechanizmu, który jest podstawą funkcjonowania świata ludzi. Chodzi o cele. Ich typologia jest otwarta. Na własne potrzeby podzielę je na: jednostkowe i grupowe, zgodne i niezgodne, możliwe i niemożliwe, jawne i ukryte, główne i cząstkowe.

Logika podpowiada, że każda przyczyna ma swój skutek. Wschodnie pojęcie "karma" zakłada, że każdy skutek ma swoją przyczynę, nic nie dzieje się przypadkiem. Nie wchodząc głębiej możemy stwierdzić, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a kiedy poruszamy się w kręgu stosunków międzyludzkich, to żadna przyczyna nie może istnieć jako niezależny byt – przyczyną jest cel – gdyż każdy człowiek ma jakiś cel. Otoczeniu może być znana tylko garść jego celów jawnych, niektórzy komentują złośliwie, że właściwie (na pewno) nie ma on ich żadnych. Ale te są zawsze. Szczególnie jeden, najważniejszy, skrzętnie ukryty, który nigdy nie będzie ujawniony przed jego ostatecznym osiągnięciem.

Dlatego jest ukryty – nikt nie może przeszkodzić w jego realizacji.

Jako główny jest na samym dnie, przysypany pozostałymi celami, najpierw ukrytymi mniejszymi, potem warstwą celów niby nieistniejących, zdających się osiągać samoistnie i przypadkowo, następnie garścią celów jawnych narzuconych przez systemy i grupy, w końcu jawnych silnie zindywidualizowanych, pokazowych, całkowicie odwracających uwagę od tych z samego dna. Tym samym nie możemy powiedzeć, że celem człowieka jest szczęście, gdyż pojęcie to tylko opisuje stan, w którym znajdziemy się w momencie osiągnięcia celu. Co jest więc celem?

Ludzie łączą się w grupy posiadające jeden główny, czasem kilka cząstkowych wspólnych celów. Ale jako że są to zawsze cele jawne, wygenerowane często nieporadnie, na przykład tylko dla możliwości przyłączenia się, to grupa jako taka nigdy nie przetrwa dłużej. Nigdy też nie będzie świadkiem całkowitej realizacji własnego głównego celu, dlatego że jej członkowie udając, że koncentrują się na nim dążą do własnych, ukrytych, które z założenia (odwracanie uwagi) są sprzeczne.

Społeczeństwo jest grupą posiadającą wspólny, jawny cel, którym jest tak zwane „dobro społeczne”.

Cel ten jest oczywiście sztuczny i bazuje na konwencji o warunkach wzajemnego współistnienia, na próbie wykreowania bezpiecznego otoczenia i wskazania kierunków rozwoju. Tylko że jakiekolwiek konwencje wykluczają rozwój – umowa jest zawsze paktem o nieagresji, akceptacją pewnego status quo, czyli prowadzi do stagnacji. A poczucie bezpieczeństwa jest względne, bo nie wszyscy członkowie społeczeństwa uznają zasady, ba, część wręcz wykorzystuje tę stagnację i kreację do swoich celów. Teoretycy głoszący potrzebę zmiany społecznej mieli również swój cel, tak jak i ja posiadam takowy pisząc tego bloga.

Trudność osiągnięcia celu jest oczywista, tak jaki i wielki wewnętrzny przymus, żeby go osiągnąć.

sobota, 27 sierpnia 2011

Faceci tak mają, czyli apokalipsa cz. I

Nauczeni rywalizacji sprowadzamy ją czasem na dziwne poziomy. Od nieco ponad stu lat modna (!) jest rywalizacja płci. A przyrost naturalny spada... Może tak miało być, bo Ziemia w końcu nie byłaby w stanie wyżywić nas wszystkich, jak kiedyś dinozaurów.

Ludzie są różni, to fakt, ale spowodowała to cywilizacja. Kiedyś światem danego człowieka był niewielki obszar lasu, łąki, kilka pagórków z jaskiniami, jakaś rzeka, jezioro itp. Dzielił ten świat z roślinami, zwierzętami oraz rzecz oczywista innymi ludźmi. ROZRYWEK było niewiele, a i do szczęścia wystarczyło tak mało. Potrzeby podstawowe realizowano spontanicznie. Osobowości, znaki zodiaku – pewnie coś w tym jest, ale dla cywilizacji największe znaczenie miał podstawowy podział – nie tyle na mężczyzn i kobiety, ale na ludzi, którzy patrzą wstecz i tych, którzy patrzą naprzód.

Czy podziały: kobieta – mężczyzna, patrzący wstecz – naprzód, natura – kultura są jakoś powiązane? To pierwsze pytanie. Drugie – który z biegunów „cywilizuje”? Wreszcie – czy cywilizacja jest dobra?

Zacznijmy od początku, czyli od natury. Od silnego związku z naturą. Niewątpliwie jest on dużo większy w przypadku kobiet. To one są odpowiedzialne za podstawową czynność wszystkich organizmów na ziemi – przedłużenie gatunku. To one są źródłem nowego życia, one mają wpływ na jego kształt i rozwój – mężczyzna tylko przekazuje geny, ale dziecko rozwija się wewnątrz kobiety, a później jest karmione jej mlekiem i tak dalej.

Mężczyzna chodzi na polowania (teraz do pracy) i rzadko w sumie bywa w domu. Dlaczego on? Bo jest mniej związany z dzieckiem, siłą rzeczy mniej zaangażowany, a więc ma więcej czasu. Naturalny podział obowiązków. Mężczyzna nie ma tak specyficznie określonej przez naturę odpowiedzialnej funkcji. Zapładnia i ma wolne, bo kobieta i bez niego doskonale by sobie poradziła (co widać doskonale także w dzisiejszych czasach)! Dlatego mężczyzna ma z tym problem, kompleks...

Wymyślił więc kulturę.

Kultura to wszystko, co człowiek tworzy, ale głównie obyczaje, czyli nakazy i zakazy. Większość ma cel praktyczny – ułatwia codzienne życie, podpowiada jak robić coś, żeby optymalnie wykorzystać zasoby i nie zrobić przy tym nikomu krzywdy. Pięknie by było, żeby to było wszystko. Niestety reszta, nieduża jednak silnie zakorzeniona, to sprawy polityczne. Czyli nakazy i zakazy wygenerowane przez jakąś grupę wpływu dla osiągnięcia celu tylko dla tej grupy korzystnego. Kultura wymaga patrzenia wstecz – brania pod uwagę tego, co do tej pory już zostało wymyślone i sprawdzone. Wiąże się z tym rodzaj szacunku dla wcześniejszych pokoleń, z czego znów wynika wiara, że to, czego dokonali jest dobre i godne naśladowania.

Kultura to także rzeczy materialne. Narzędzia. Ważne szczególnie dla mężczyzn, bo to oni mają kompleks posiadania. Kobieta ma dziecko, jest ono niewątpliwie jej, bo ona je urodziła i wykarmiła. Mogą na siebie liczyć. A mężczyzna? Nie ma nic. Nie jest nawet pewien, czy ma dziecko i które to jest jego. Chciałby jednak być potrzebny do czegoś więcej, niż zapoczątkowanie życia w kobiecie. Wmówił wszystkim, że to on odpowiada za tak ważne rzeczy, jak (prócz płodzenia, oczywiście syna) dom i drzewa, parafrazując znane powiedzenie – mit kulturowy. Kobiety chcąc nie chcąc zgodziły się na to – i to był ich jedyny błąd.

I tak powstała cywilizacja. Reguły, mity, religie i cały wianuszek rytuałów, które miały podtrzymać tę chwiejną równowagę. Chwiejną, bo wprowadzającą nieznane w świecie przyrody praktyki. Na przykład wojny. Skąd się wzięły? Przecież zwierzęta nie toczą wojen. Nie mają sformalizowanego języka, ani tym bardziej pisma, dzięki czemu nie mają kultury, co znowu skutkuje brakiem różnic kulturowych, a to właśnie głównie one są przyczyną wojen. Chęć zysku, zdobywania, posiadania to przyczyna wtórna, męska, również powodowana kulturowo.

Czyli może jednak cywilizacja to zło?

Wiesz, adrenalina...

Jedna z celebrytek wybiera się właśnie na samochodowy rajd terenowy do Maroka, a zapytana przez dziennikarkę o cel takiej wyprawy – niebezpiecznej przecież – odpowiedziała: „Wiesz, adrenalina...”

Po co ludziom adrenalina? Ten OBRONNY hormon mocy, daje krótkotrwałą, acz nadludzką siłę do wykorzystania na walkę albo na ucieczkę. Nie jest absolutnie związany z przyjemnością, tylko ze strachem! Coś jest takiego w człowieku, że chce testować własną odporność na stres, lubi się bać. To pewnie ewolucja wykształciła taki mechanizm, który umożliwia pozostawanie w ciągłej gotowości (do walki lub ucieczki), a żeby tę gotowość utrzymać nakazuje trenować.

Największą dawkę adrenaliny dają oczywiście sporty ekstremalne. Maksymalne ryzyko, przynajmniej pozornie. Natomiast inne, klasyczne rzekłbym, dyscypliny sportowe, koniecznie związane z rywalizacją, są przez ludzi uprawiane ze względu na potrzebę odczuwania euforii związanej z wydzielaniem endorfiny. To jeden z hormonów szczęścia. Podobnie zresztą jak dająca nieco inne, ale jeszcze bardziej przyjemne doznania dopamina. Z tych trzech „popularnych” neuroprzekaźników – adrenaliny, endorfiny i dopaminy – ja wybieram zdecydowanie ten ostatni, ale – uwaga – tylko w formie naturalnej!

Człowiek doskonale potrafi sam zapewnić sobie błogostan, nie mówiąc już o wielkiej sile przyjemności doznawanej w towarzystwie płci przeciwnej, towarzystwie oczywiście bezinteresownym (prawie, bo mającym ten sam cel – przyjemność). Ale od zarania dziejów zawsze znajduje się ktoś (czy grupa ktosiów), kto zrobi wszystko, żeby wykorzystać ludzką słabość do przyjemności dla własnych celów. A tym celem jest również tylko i wyłącznie przyjemność. Jednak takim ktosiom przyjemność na ogólnie dostępnym poziomie z jakichś powodów nie wystarcza. Chcą przekonać innych, że przyjemność może dać coś innego, coś, czym ten KTOŚ właśnie dysponuje i chętnie (nie za darmo) udostępni!

Kto jeszcze walczy z powszechną przyjemnością? To znaczy komu zależy na tym, żeby dostęp do przyjemności nie był szeroki i dowolny? Otóż ci, którzy chcą mieć władzę nad innymi. Człowiek „zaślepiony” przyjemnością nie da się manipulować! Niektórzy filozofowie krytykujący hedonistyczny styl życia mieli w tym polityczny cel! Dlaczego polityczny? Jedna z definicji polityki brzmi: zespół działań prowadzący do przejęcia i utrzymania władzy. WŁADZY! Nie doprowadzenia do powszechnego szczęścia (przyjemności), tylko zabrania wszystkiego dla SIEBIE!

Nie jestem komunistą, ani socjalistą, ani nawet liberałem. Bo ludzie z tymi poglądami chcą na siłę coś zmieniać, zrównywać, pomagać, a w ekstremalnych przypadkach dopuszczają pewne praktyki, które nie mają nic wspólnego z naturą. Wolność wolnością, ale od natury nie można się odwracać. Być wolnym i nie szkodzić innym, nie umniejszać niczyjej wolności, ale też nie przeciwstawiać się naturze.

Ot i cały sekret szczęścia.

piątek, 26 sierpnia 2011

Boją się ludzie miłości bo...

Czy jest się czego bać? Czy jest to strach, czy lęk?

Naturalny jest strach przed nieznanym. Lęk natomiast jest przed czymś, co nie istnieje, lub w rzeczywistości nie jest takie, jakie się wydaje. Czyżby miłość nie istniała? Dlatego się jej boimy? Tylko co to jest „miłość”? Niewiele o niej wiemy, póki nie doświadczymy – niespodziewanie! A więc strach...

“Boją się ludzie wciąż miłości bo,
Nie chcą otworzyć się na jej mocny cios,
Zamknięci w sobie, zamknięci na świat,
Kiedy odchodzą czują żal...”*

Pojęcie „miłość” to bardzo zróżnicowany konglomerat uczuć i stanów emocjonalnych. Kryje się w nim pewna dwuznaczność i tajemnica, która czyni je jeszcze bardziej atrakcyjnym. Dlatego cokolwiek działającego od wewnątrz, co wprowadza nas w fazę zawieszenia między nierzeczywistością a światem realnym, a ukierunkowane jest na pewną zależność od drugiej istoty może być nazwane Miłością.

W języku polskim ukonstytuował się rozdźwięk pomiędzy czasownikiem, a rzeczownikiem oznaczającym to samo, najwyższe uczucie, czyli między „kochać”, a „miłość”. Ta podstawowa niespotykana dywersyfikacja zwraca uwagę na dzisiejszą kondycję miłości jako takiej. Kochać znaczyło dotykać, Miłość znaczyła litość.

“O wiele więcej przeżyć chciałem,
O wiele mocniej, lecz się bałem.”*

Miłość romantyczna? Nieszczęśliwa.

Dotknięci nią tworzymy sobie idealny (wirtualny!) obraz danej osoby, którą mogliśmy widzieć nawet przelotnie, ale w sytuacji dającej nikłą nadzieję na kolejne spotkanie - lub też spotykaną często, ale nie wykazującą zainteresowania nami.
Przynajmniej pozornie...

Dlatego targa nami nadzieja i nostalgia, zapominamy o całym świecie, nic nam się nie chce, bo nic nie ma dla nas sensu prócz tego nierzeczywistego nieco uczucia. Jesteśmy w stanie rzucić wszystko na jedno skinienie obiektu uwielbienia. Dla niego możemy zrobić rzeczy, o zdolność wykonania których nawet się nie podejrzewaliśmy. W tym krzywdę sobie albo komuś innemu.

Taka miłość to ból, który może trwać wiecznie. Ból istnieje, a więc miłość też.

Strach? Co tam, przecież lubimy się bać!

*cytaty z piosenki zespołu PTAKY

czwartek, 25 sierpnia 2011

Powrót do Matrixa

Słynny film braci Wachowskich ma wiele interpretacji i budzi sprzeczne emocje. Jedni patrzą tylko na efekty specjalne, inni próbują doszukiwać się głębi głębszej, niż to możliwe. Być może ja należę do tych drugich, ale ostatnio coś mnie tknęło, coś związanego z tym filmem i odnoszącego się do obecnych czasów.

Znowu pada...

Maszyny, które rządzą realnym światem karmią zniewoloną (i nieświadomą tego) większość ludzkości nie dość, że nią samą, to jeszcze wirtualną rzeczywistością, perfekcyjnie symulującą mózgowi "normalne" życie. To Matrix. Jest jednak grupa ludzi, którzy znają prawdę i chcą walczyć o wolność. Chcąc, czy nie, przyłącza się do nich Neo.

Właśnie. Chcąc, czy nie? Okazuje się, że misja Neo, to jego przeznaczenie. Czym jest więc owo przeznaczenie? Przecież to drugi Matrix. I na domiar złego - nie da się tak łatwo z niego wyzwolić, jak z tego pierwszego.

Skąd się bierze przeznaczenie, jeśli rzeczywiście istnieje? Może działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, której mechanizm bada między innymi współczesna psychologia? Jak sobie z nim radzić? Poddać się? Nigdy!

Być jak Neo z "Matrixa". Udawać. Udawać, że się w przeznaczenie wierzy. Ale nie traktować go poważnie. W ogóle nie traktować siebie, całego świata zbyt poważnie. Grać. Bawić się tym. O tym jest "Matrix". Jak to się ma do "dziś"? Wystarczy się rozejrzeć. Dojrzeć.