piątek, 16 września 2016

Sens życia wedug imprezowiczów


Prawda o ludzkości może być dla niektórych dość przerażająca. Nasz gatunek (hedoniści mieli rację) żyje tylko i wyłącznie dla przyjemności. Wszystkie nasze działania skierowane są ku temu, by wprowadzić nasz mózg w stan przyjemności właśnie, do czego prowadzi stosunkowo prosta reakcja chemiczna. A podstawą jej funkcjonowania i właściwym celem jest oczywiście potrzeba (użycie słowa nieprzypadkowe) przedłużenia gatunku, czyli coś, wokół czego cały świat, a może i wszechświat, się kręci.

Gody to cel wszystkich działań, i bardzo dobrze, stan euforii jest za to nagrodą. Ciekawe natomiast jest to, jak większość osobników radzi sobie z brakiem możliwości przystąpienia do godów. Inna sprawa to przyczyna tego braku możliwości - wynika ona z różnych uwarunkowań - geograficznych, społecznych, kulturowych, psychicznych (w tym fobii) - ale to tematy raczej znane. A radzi sobie wynajdując czynności zastępcze, bądź, co gorsza, tzw. środki zastępcze, jak najbardziej materialne, substancje wręcz.

Wystarczy to sobie uświadomić i… czerpać przyjemność z obserwowania ;-)

Impreza. Tak zwana. Jawne gody… teoretycznie. Bo to zależy od jej rodzaju. Na przykład weźmy współczesną formę klasycznej imprezy, jaką jest wesele. Mnóstwo ludzi, którzy przeważnie się nie znają, gdyż nie zaprasza się rodziny czy wsi, tylko znajomych np. z korpo czy z klubu miłośników czegoś-tam. Sytuacja idealna wydawałoby się, choć nie do końca. Dlaczego? Ludzie owszem mają się szansę spotkać, są wolni, więc ziarno związku zasiać, ale okoliczności są słabe - kiepska muzyka i alkohol, co niektórych odstrasza.

Pozostańmy jednak przy analizie imprezy bogatej w członków stanu wolnego. Alkohol rozluźnia normy społeczne i zbliża ludzi do siebie (zaraz przed tym, jak niektórych zapominających po co tu przyszli zbliży do matki Ziemi). Lekki rausz jest więc wskazany, jeśli ktoś nie potrafi wyluzować bez tego, a związek po zapoznaniu na takiej imprezie może być udany. Sęk w tym, żeby imprezę traktować właśnie jako okazję do zbliżenia się do celu, jakim są gody, a nie jako cel sam w sobie - to chciałem z całą mocą podkreślić.

Wyżej wspomniane imprezy to wizyty w klubach, na weselach itp - czyli te mające wysoki współczynnik anonimowości. Niestety niektóre osobniki wydają się od imprez uzależniać - czy to chemicznie od samej substancji alkoholu, czy też psychicznie od osiągnięcia błogostanu (przyjemności) będącego nagrodą wygenerowaną przez mózg za uczestnictwo w procesie przedłużania gatunku. I tu dochodzimy do sedna - mózg jest konstrukcją prostą i jego reakcje mogą powodować przeróżne bodźce - często zabójcze.

To trzeba oddzielić - wprowadzić sobie pojęcie utylitaryzmu, świadomości celu, analizę konsekwencji. Chyba, że ktoś lubi żyć bez celu. A przyjemność mózg wygenerować potrafi także wtedy, gdy uprawiamy sport (gdyż usprawniając ciało rośnie nasz potencjał przedłużenia gatunku) albo kiedy pomagamy innym (empatia to jeden z ważnych mechanizmów przedłużania gatunku, zaprojektowany przez naturę głównie na okazję posiadania i wychowywania dzieci). Co wybierzesz?

***

Aha, jeszcze sobie jedną rzecz przypomniałem. Są tacy, którzy chodzą na imprezy nie dlatego, że lubią czy muszą, tylko dlatego, że inni tak robią...

Adaptacja dewiacyjna.

czwartek, 12 maja 2016

Kryzys testosteronu



Freud miał rację, ale nie do końca. Życiem człowieka sterują popędy wynikające z seksualności, od urodzenia, to fakt. Różnie się to objawia u kobiet i mężczyzn. Podstawą jest to, że kobieta przez część życia może, ale nie musi, potem w połowie życia już nie może. Z mężczyznami jest inaczej. Oni przez większość życia MUSZĄ, a po czterdziestce już tylko mogą… Czujecie różnicę? Żyjemy coraz dłużej - co się dzieje z popędem w z biegiem lat? Czy poziom hormonów konkurujący o prym z przyzwyczajeniem ma związek z kryzysem wieku średniego? Oczywiście!

Nie wiem nic o kobietach, będę więc odnosił się do męskiej części. Mówi się, że kryzys wieku średniego jest wtedy, kiedy mężczyzna osiągnie już cele związane z prokreacją i wychowaniem dzieci, ma więcej czasu, więc nie wie co ze sobą zrobić i mu odwala. Taką definicję raczej kobiety wymyśliły, wydaje mi się, że z zazdrości. Dlaczego? Bo nie mają tylu zainteresowań. Czynnik ewolucyjny, niższa inteligencja. Wiem, nie jestem politycznie poprawny, ale z drugiej strony - taka jest prawda. Nie lubimy inteligentnych kobiet - podświadomie - gdyż czujemy, że z taką jest coś nie w porządku, nie do końca jest kobietą… A kobiety wcale się nie muszą wstydzić swojego braku erudycji, mają inne cele.

Kryzys wieku średniego - nie wynika z nadmiaru czasu i szaleństwa. Choć u niektórych mężczyzn tak się objawia - nie radzą sobie z nim, gdyż czują, że nie pasują do ram ustawionych przez lokalne normy społeczne i zaczynają tracić rozum widząc, że gdzieś te ramy uciekają, nie pasują, są zbyt ciasne. Lepiej mają Ci, którzy przyjmują to na klatę i rozumieją, że jest to jakiś kolejny etap rozwoju w życiu. Ma to podstawy fizjologiczne, więc nie ma się czego bać, a tym bardziej wstydzić. Wszystkiemu winien testosteron. Jego poziom z wiekiem spada. A więc po czterdziestce mężczyzna już nie musi… Ale wciąż może, jeśli chce.

Większość może i się gubi. Raz, że ramy społeczne, dwa, że bycie mężczyzną zobowiązuje - trzeba rwać laski itp. Choć się nie chce… Albo tylko psychicznie się chce, bo wykształcił się rodzaj przyzwyczajenia, wręcz natręctwa. Niestety reakcja fizjologiczna nie nadąża. Nie mówię, że nie staje, ale nie ma już takiej przyjemności z tego. Dlatego zdradzają - szukają przygody, większej liczby doznań, różnych, nowych - ale to nic nie daje, bo hormony tego nie udźwigną. Mózg trzeba przestawić na inne tory. Realizować marzenia - nawet te z dzieciństwa. Teraz, kiedy mężczyzna uwolnił się spod jarzma testosteronu jest ku temu najlepsza okazja. I wielki zysk społeczny, gdyż człowiek nie uwikłany popędami może naprawdę wiele osób czegoś nauczyć, zainspirować, a przy okazji samemu odczuwać satysfakcję.

Jeszcze jeden dowód na to, że mężczyźni do pewnego wieku są niewolnikami hormonów - znacie historię mnichów albo nawet eunuchów - oni potrafili rozwinąć swój potencjał bardzo wcześnie, dzięki czemu szybko dochodzili do mistrzostwa w swoich dziedzinach. Jasne też, że wszystko warunkuje kultura danego obszaru, społeczeństwa, regionu świata. Arabowie popędy tylko ukrywają pod wersetami Koranu, a tak naprawdę są seksualnie zwierzętami. Azjaci znów potrafią popędy stłumić, wyeliminować, albo korzystnie przekierować na inne obszary, dla dobra innych ludzi. Europejczycy - różnie, ale tylko w naszej kulturze są tzw. bawidamkowie, amanci, jawnie eksponujący swoją seksualność i to przy akceptacji ogółu. Dlatego też w naszej kulturze uwolnienie od hormonów przebiega tak boleśnie.

Lewactwo ma już swój sposób na pozbycie się testosteronu, ale czy doprowadzi to do rozwoju społeczeństwa? Przypomina mi się słynny eksperyment z myszami...