wtorek, 12 grudnia 2017

Historia musi się powtarzać

Źródeł konfliktu w polskiej polityce należy szukać pod koniec XIX wieku, kiedy nasz kraj był pod zaborem rosyjskim, a wielu rodaków przebywało na emigracji kombinując jaką drogą pójść, żeby odzyskać wolną Polskę.

Ze wschodu dotarła do Polski fala emigracji żydowskiej, tak zwani Litwacy. Mieli zgoła inne spojrzenie na świat, niż nasi zasymilowani bracia. Z czego to wynikało? Ano z traktowania przez współobywateli i władze. Nasi byli Polakami pełną gębą, często od wielu pokoleń. Tamci, choć mówili po rosyjsku, nigdy nie przyjęli choć cząstki kultury, w obrębie której żyli. Izolowani nauczyli się sami izolować.

Tymczasem na emigracji we Francji utworzyła się Grupa Inicjatywna, która w 1892 przyjęła "Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej". Oto pierwsze dwa punkty dokumentu:
1) bezpośrednie, powszechne i tajne głosowanie; prawodawstwo ludowe;
2) całkowite równouprawnienie narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej na zasadzie dobrowolnej federacji;

Piękne założenia, ale ciekawostką jest to, jaka narodowość miała później być liderem. W każdym razie z biegiem lat grupa rosła w siłę (pomoc "zachodnich" mocarzy tego świata nieoceniona) i po odzyskaniu niepodległości Polska Partia Socjalistyczna (PPS) posiadała swoich ludzi wszędzie, a każda próba przejęcia władzy przez inne stronnictwa kończyła się wiadomo jak - Piłsudski nasz bohater, który w 1920 roku zatrzymał komunizm, był przecież PPS-owcem.

Wybuchła wojna i do naszego kraju z butami Armii Czerwonej weszły struktury narodowe polskie tworzone w Moskwie. Polscy działacze, również głównie pochodzenia żydowskiego, przedstawiciele Polskiej Partii Robotniczej (PPR) którzy nieprzypadkowo lubili używać słowa "Naród". Po wyzwoleniu było jasne, kto będzie rządził w Polsce, ale żeby nie wybuchła wojna domowa Moskwa postanowiła utworzyć PZPR.

Mówi się, że PPR wchłonęło PPS. Ci drudzy byli w mniejszości, ot pół miliona przeciw milionowi. Mieli zupełnie różne od większości poglądy "filozoficzne" - PPS zawsze głosił ponadnarodowy liberalizm, a PPR narodowy komunizm - więc z realizacji swoich założeń nie zamierzali rezygnować. Jak to pogodzić? Nie da się, więc mimo zjednoczenia w obrębie PZPR wyłoniły się dwie wrogie frakcje - bardziej zaściankowa, swojska - Natolińczycy oraz inteligencka, światowa - Puławianie. "Chamy i Żydy". A tak naprawdę "inteligenccy Żydzi" i "Robotniczo-chłopscy Żydzi".

A kolejnym pokoleniem Puławian, a dokładnie ich dziećmi (naturalnymi) byli członkowie grupy wywrotowej "Komandosi", która rozrabiała na uczelniach w 1968 roku. A wszystko w imię "wolności", a tak naprawdę chodziło o przejęcie władzy w partii, w kraju. Nie udało się, więc trzeba było wymyślić coś innego...

Lata 70., robotnicze protesty, dziwne spiski i kombinacje, cud gospodarczy za amerykańskie pieniądze. To wszystko echa wojny na szczycie. Wtedy też  wśród wysoko postawionych członków partii, tych też nie będących wysoko w samej partii, ale na przykład na wysokich stanowiskach w dużych zakładach pracy, rozszedł się "prikaz", żeby żenić się z żydówkami. To była jedna z możliwości "rozwoju" w strukturach władzy.

Przepychanki trwały aż do 1980 roku, kiedy powstała "Solidarność". Przedstawiono "21 Postulatów", oto pierwsze trzy:
1) Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2) Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3) Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań. 

Jaki to był sprytny zabieg! Inteligencja żydowska zinfiltrowała robotnicze, najpierw nieformalne, potem formalne organizacje żeby przejąć "pokojowo" władzę z rąk frakcji w PZPR reprezentującej właśnie robotniczą stronę...


Frakcja "przeważająca" w PZPR nie zamierzała się poddać, a więc 13 grudnia 1981 nie wytrzymała i wprowadziła stan wojenny. Niektórych działaczy opozycji internowano bardziej, niektórych mniej, infiltracja obustronna była wszędzie. I jest do dziś. Tak naprawdę na polskiej ziemi walczą ze sobą dwie strony, obie zinfiltrowane - albo przez zwolenników asymilacji albo przez syjonistów. Historia nie tyle lubi się powtarzać, co musi, skoro jest świadkiem ścierania się dwóch stron, które od tysiącleci się nie zmieniają.