czwartek, 27 grudnia 2018

Uroboros

Zatoczyłem koło. Czytam swoje poprzednie wpisy i śmieję się sam do siebie - i sam z siebie. Doszedłem do momentu, w którym odwrócił się też Sokrates stwierdzając, że właśnie już wie, że tak naprawdę nie wie nic. Co to w ogóle znaczy? Otóż to, że człowiek nigdy nie będzie w stanie zrozumieć świata (boga - agnostycyzm), to w sensie negatywnym, a z pozytywów na pewno główny jest taki, że ta wiedza nie jest kompletnie człowiekowi do niczego potrzebna.

Wszystko się powtarza, historia, kultura, schematy. Archetypy istnieją. Czy to źle? Dobrze, wystarczy tylko dać się im porwać. Niekoniecznie do końca to zrozumieć - jak wspomniałem - nie da się, ale przynajmniej mieć świadomość, że tak jest. I - co najważniejsze - nie chcieć rozumieć, nie starać się zgłębiać istoty, nawet po to, żeby pomóc innym, bo też się nie da. Trzeba żyć po prostu, tu i teraz, robić, co się da w danej chwili, nie wybiegać daleko w przyszłość. Kochać.

Najpierw pokochać siebie. Wiem, dla niektórych to pułapka, można skończyć jak mityczny Narcyz. Ale to warunek, żeby wiedzieć, czego się chce, do czego dąży, jaką drogą pójść. To ważne. Przede wszystkim nie oszukiwać siebie. Innych tak, na tyle, żeby nie popadli w szaleństwo, bo jeszcze nie doszli do tego etapu, co my, nie są gotowi poddać się nurtowi. Kochając siebie wie się też, co się kocha w innych, a więc podchodząc pragmatycznie - jak wygląda nasza druga połówka.

Platon miał rację, że ludzie byli kiedyś całkowitościami składającymi się z dwóch pierwiastków, obecnie rozdzielonych. Nie wnikam w legendarne ani duchowe podstawy, jak to się stało, ale to prawda. Celem istnienia człowieka na ziemi jest znalezienie zaginionej części, a później zjednoczenie się z jeszcze większą całością - już raczej nie na tym "łez padole", ale w skali kosmicznej. Mówimy "druga połówka", ale to też nie do końca precyzyjne określenie - zresztą to niemożliwe.

Szukamy swojej drugiej części (może jak tytułowy Uroboros chcemy złapać się za ogon i się zjeść, tworząc odwieczny cykl), która wcale nie musi być naszym "przeciwieństwem, które się przyciągają". Do całości może brakować niewiele, albo dużo, dużo więcej, niż mamy. Nie oznacza to też wcale, że ta poszukiwana osoba będzie do nas podobna, ale też nie musi być różna. To tak jak z układankami typu puzzle. Każda cześć jest inna, każda ma swoje miejsce.

piątek, 15 czerwca 2018

Homosie na stosie

Nie, nie będę nikogo tu palić, wręcz przeciwnie, ale taki tytuł wpadł mi do głowy - nośny i wyzywający. A piszę ten tekst dlatego, że udało mi się wreszcie rozdzielić pewne sytuacje, pozy, problemy od konkretnych osób, jednostek. Jednak nadal nie zamierzam zostać homoseksualistą.

Powiedzmy to jasno - homoseksualizm istnieje, od bardzo dawna, także w świecie zwierząt - stamtąd częściowo się wywodzi jako część podstawowego popędu człowieka - seksualnego, Erosa, przetrwania. Z instynktu człowieka jako, w pewnym stopniu, zwierzęcia.

Przeciwieństwa się przyciągają (hetero), a podobieństwa odwrotnie. Fizyka - magnetyzm. Ale ludzie, to nie kawałki ferrytu czy neodymu. W każdym człowieku istnieje pierwiastek męski i żeński - koktajl hormonów może mieć różne proporcje, co wynika głównie z genetyki.

Natomiast wiemy, że geny mogą się zmieniać pod wpływem czynników zewnętrznych, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Jeśli porównamy jednego człowieka z bardzo skomplikowaną, przestrzenną figurą geometryczną okaże się, że figura drugiego może (z którejś strony) pasować.

Niezależnie od płci. Mimo to wciąż daleko mi do akceptacji filozofii gender, tym bardziej, że w historie o kobiecie zamkniętej w ciele mężczyzny nie wierzę, to znaczy na pewno nie w naturalne pochodzenie takiej sytuacji, gdyż natura nie jest aż tak ironiczna. Albo Bóg.

Natura stwarza nas tak, żebyśmy mieli jak największe szanse na przetrwanie i na przedłużenie gatunku. Bóg też, choć w tym stworzeniu dopuszcza działanie złego - dla naszego rozwoju, ale nie fizycznego, jak chce natura, a duchowego. Niektórzy mogą już tu czuć pewien dysonans.

Wróćmy do świata zwierząt - młode osobniki delfinów odbywają stosunki homoseksualne, jednak jest to rodzaj zabawy (można porównać śmiało do ludzkiego siłowania się na ręce), treningu, sprawdzenia się w roli samca w późniejszym życiu. Nie prowadzi do "związków".

Mówi się, że delfiny mają mózg rozwinięty przynajmniej tak bardzo, jak ludzki. Jednak z przyczyn obiektywnych (środowiskowych) nie wytworzyły pisma, mitów, kultury, a co za tym idzie schematy ich nieświadomości działają nadal w podstawowym zakresie "przetrwania" - od milionów lat.

Delfiny nie mają żadnych zakazów - np. zakazu kazirodztwa. Nie mają rzeczy. Żyją blisko natury, w naturze. Po prostu są częścią natury. Nie żyją w takim rozdrobnieniu, jak ludzie. Niczego nie szukają, prócz pożywienia i nikogo, prócz partnera - a cel jest jeden i niezmienny. Nie tracą też czasu.

U ludzi jest inaczej. Nie to, że gorzej. Po prostu nie cofniemy się - z własnej woli - do tego stanu naszych wodnych, dalekich kuznów. Chyba, że globalna katastrofa unicestwi wszystkie nasze trwałe wytwory i zgromadzone zdobycze zarówno materialne, jak i (zmaterializowane) intelektualne.

Rządzą nami wytwory nieświadomości zbiorowej, aprioryczne idee, które mogą łatwo przejąć władzę, jeśli im na to pozwolimy. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie ich wpływu. Ale wszystko co uświadomione i zdekodowane - zanika. Tak jak na przykład Bóg - wydawałoby się.

Jednak to tylko iluzja. Ci, którzy uznali, że wiedzą już wszystko o Bogu, ba, stanęli z nim na równi, tracą wszystko. Twórczy chaos lewej półkuli mózgu zanika i z człowieka robi się coś gorszego, niż zwierzę. Pusta skorupa, która już nie ma z czym i o co walczyć. Nawet z samym sobą.