Freud miał rację, ale nie do końca. Życiem człowieka sterują
popędy wynikające z seksualności, od urodzenia, to fakt. Różnie się to objawia
u kobiet i mężczyzn. Podstawą jest to, że kobieta przez część życia może, ale
nie musi, potem w połowie życia już nie może. Z mężczyznami jest inaczej. Oni
przez większość życia MUSZĄ, a po czterdziestce już tylko mogą… Czujecie
różnicę? Żyjemy coraz dłużej - co się dzieje z popędem w z biegiem lat? Czy
poziom hormonów konkurujący o prym z przyzwyczajeniem ma związek z kryzysem
wieku średniego? Oczywiście!
Nie wiem nic o kobietach, będę więc odnosił się do męskiej
części. Mówi się, że kryzys wieku średniego jest wtedy, kiedy mężczyzna
osiągnie już cele związane z prokreacją i wychowaniem dzieci, ma więcej czasu,
więc nie wie co ze sobą zrobić i mu odwala. Taką definicję raczej kobiety
wymyśliły, wydaje mi się, że z zazdrości. Dlaczego? Bo nie mają tylu
zainteresowań. Czynnik ewolucyjny, niższa inteligencja. Wiem, nie jestem
politycznie poprawny, ale z drugiej strony - taka jest prawda. Nie lubimy inteligentnych
kobiet - podświadomie - gdyż czujemy, że z taką jest coś nie w porządku, nie do
końca jest kobietą… A kobiety wcale się nie muszą wstydzić swojego braku
erudycji, mają inne cele.
Kryzys wieku średniego - nie wynika z nadmiaru czasu i szaleństwa.
Choć u niektórych mężczyzn tak się objawia - nie radzą sobie z nim, gdyż czują,
że nie pasują do ram ustawionych przez lokalne normy społeczne i zaczynają
tracić rozum widząc, że gdzieś te ramy uciekają, nie pasują, są zbyt ciasne. Lepiej
mają Ci, którzy przyjmują to na klatę i rozumieją, że jest to jakiś kolejny
etap rozwoju w życiu. Ma to podstawy fizjologiczne, więc nie ma się czego bać,
a tym bardziej wstydzić. Wszystkiemu winien testosteron. Jego poziom z wiekiem
spada. A więc po czterdziestce mężczyzna już nie musi… Ale wciąż może, jeśli
chce.
Większość może i się gubi. Raz, że ramy społeczne, dwa, że
bycie mężczyzną zobowiązuje - trzeba rwać laski itp. Choć się nie chce… Albo
tylko psychicznie się chce, bo wykształcił się rodzaj przyzwyczajenia, wręcz
natręctwa. Niestety reakcja fizjologiczna nie nadąża. Nie mówię, że nie staje, ale
nie ma już takiej przyjemności z tego. Dlatego zdradzają - szukają przygody,
większej liczby doznań, różnych, nowych - ale to nic nie daje, bo hormony tego
nie udźwigną. Mózg trzeba przestawić na inne tory. Realizować marzenia - nawet
te z dzieciństwa. Teraz, kiedy mężczyzna uwolnił się spod jarzma testosteronu
jest ku temu najlepsza okazja. I wielki zysk społeczny, gdyż człowiek nie
uwikłany popędami może naprawdę wiele osób czegoś nauczyć, zainspirować, a przy
okazji samemu odczuwać satysfakcję.
Jeszcze jeden dowód na to, że mężczyźni do pewnego wieku są
niewolnikami hormonów - znacie historię mnichów albo nawet eunuchów - oni
potrafili rozwinąć swój potencjał bardzo wcześnie, dzięki czemu szybko
dochodzili do mistrzostwa w swoich dziedzinach. Jasne też, że wszystko
warunkuje kultura danego obszaru, społeczeństwa, regionu świata. Arabowie
popędy tylko ukrywają pod wersetami Koranu, a tak naprawdę są seksualnie
zwierzętami. Azjaci znów potrafią popędy stłumić, wyeliminować, albo korzystnie
przekierować na inne obszary, dla dobra innych ludzi. Europejczycy - różnie,
ale tylko w naszej kulturze są tzw. bawidamkowie, amanci, jawnie eksponujący swoją
seksualność i to przy akceptacji ogółu. Dlatego też w naszej kulturze
uwolnienie od hormonów przebiega tak boleśnie.
Lewactwo ma już swój sposób na pozbycie się testosteronu, ale czy doprowadzi to do rozwoju społeczeństwa? Przypomina mi się słynny eksperyment z myszami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz